Nie wiem, czy to kwestia temperatury, nastroju czy potrzeby jakiegoś katharsis po wiosennym marazmie, ale zauważyłem, że latem znacznie częściej sięgam po ostre brzmienia – thrash, death, hardcore, industrial. I co ciekawe... sporo moich ulubionych płyt z tych klimatów ma właśnie letnie daty premier. Przypadek?
Ot, choćby:
South of Heaven Slayera – lipiec '88
Suicidal for Life Suicudal Tendencies – czerwiec '94
Katorz Voivod – lipiec 2006
Swangsong Carcass – czerwiec'96
Purge Godflesh – czerwiec 2023
Zero Days Prong – lipiec 2017
Inside the Torn Apart Napalm Death – czerwiec '97
In the Beginning Cro-Mags – czerwiec 2020
i tak dalej. Im bardziej grzeje słońce, tym mocniej mnie ciągnie do ciężkich riffów, blastów i growl...
Może to jakiś naturalny balans dla letniego chilloutu? A może po prostu za dużo słońca i trzeba się przewentylować dźwiękowym młotkiem?