Mnie to coraz bardziej zastanawia. Do Polski idzie od lat masowy import radzieckich zegarków - Czechy, Ukraina, Białoruś, ale także Niemcy, Bałkany. Nie wspominam nawet o włoskich wykopkach, z tych palet duża część przyszła do nas. I się rozpłynęła. Arbuzy, które można było mieć dwa lata temu w ilościach hurtowych, dziś praktycznie zniknęły z rynku, nawet na rynku wtórnym pojawiają się rzadko. To samo tyczy się Kalifornii, Pierestrojek, a przecież do Polski przyszło tego tysiące sztuk. Ruchu w drugą stronę praktycznie nie ma, eksport z Polski jest zerowy. To nie może trwać wiecznie, rynek w końcu się nasyci. Nie wierzę w ruch wyłącznie w górę, kiedyś trend musi się odwrócić. Każde szaleństwo kolekcjonerskie ma swoje granice niezależnie od tego, czy mówimy o cebulkach tulipanów, kartach do gry, czy też radzieckich zegarkach. Ceny idą w górę, bo wysychają tradycyjne źródła zaopatrzenia w postaci wietrzonych magazynów i zapomnianych szuflad. Ale kiedy będzie koniec? To jest trochę bez sensu, że pobieda z Samary idzie w cenie, w której można mieć niezłego szwajcarskiego, a często nawet jakiś antyk z XIXw, zwłaszcza damski i w gorszym stanie. Uzupełniając: dla kolegów, którzy handlują, to może nie ma większego znaczenia, bo niezależnie od poziomu cen zarabiają na marży. Ale dla tych, którzy mają większe zbiory i dużo kupują dla siebie, a i owszem. Czy dalej kupować, bo ceny jeszcze poszybują, czy właśnie zrzucić się z części kolekcji, zwłaszcza tej w gorszym stanie bądź też bardziej pospolitej, bo za rok dwa i tak odkupi się to za połowę ceny?