Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...
Gość

Pogadajmy o samochodach :-)

Rekomendowane odpowiedzi

4 godziny temu, piteks napisał(-a):

Te chińskie gwarancje na lata, to raczej marketing.

marketing czy nie ale hasło przyciąga klienta. Wielu już się pewnie nacięło bo firmy w Chinach działają na państwowym garnuszku. Jakiś czas temu czytałem że w Anglii z dnia na dzień zniknęło kilka Chińskich marek (jeden właściciel) bo partia uznała, że słabo sobie radzą z konkurencją i ich czas już dobiegł końca, koniec z produkcją aut. Co z kilkuset klientami którzy "zdążyli" kupić ich auta? Nie wiadomo. Ale z drugiej strony - kilkadziesiąt marek ale pod poszyciem we wszystkich chyba to samo, jak mechanik nauczy sie naprawiać jednego Chinczyka to umie naprawić każdego 😉

Ja ostatnio siedziałem w Tigo 8 i nie umiałem znaleźć poprawnej pozycji za kierownicą. Listwy na desce chyba mniej trzeszczące niż te z BMW g30 😅

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
3 minuty temu, trollu napisał(-a):

marketing czy nie ale hasło przyciąga klienta. Wielu już się pewnie nacięło bo firmy w Chinach działają na państwowym garnuszku. Jakiś czas temu czytałem że w Anglii z dnia na dzień zniknęło kilka Chińskich marek (jeden właściciel) bo partia uznała, że słabo sobie radzą z konkurencją i ich czas już dobiegł końca, koniec z produkcją aut. Co z kilkuset klientami którzy "zdążyli" kupić ich auta? Nie wiadomo. Ale z drugiej strony - kilkadziesiąt marek ale pod poszyciem we wszystkich chyba to samo, jak mechanik nauczy sie naprawiać jednego Chinczyka to umie naprawić każdego 😉

Ja ostatnio siedziałem w Tigo 8 i nie umiałem znaleźć poprawnej pozycji za kierownicą. Listwy na desce chyba mniej trzeszczące niż te z BMW g30 😅

I tu jest największy problem z chińczykami. Tych firm jest za dużo. Na pewno nastąpi konsolidacja rynku. Tylko nie wiadomo kto zostanie, a kto nie i czy ktoś go przejmie. A jak nie to pozamiatane. Ale tutaj nie do końca działają reguły ryku tylko decyzja partii.

 


IWC

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
18 godzin temu, cordi7 napisał(-a):


Nie mieszałbym w to polityki energetycznej EU bo niemiecka polityka energetyczna a unijna polityka energetyczna to dwie różne sprawy.

Niemcy zamknęli atom, oparli się na rosyjskim gazie i mają gospodarkę nastawioną na eksport - są beneficjentami świata, którego już nie ma.

Do tego doszła chciwość i krótkowzroczność z przenoszeniem produkcji do Chin, której wymogiem jest joint-venture i transfer technologii.

 

Przepis na katastrofę.

 

 

 

Z tym, że Niemcy popełniły gigantyczne błędy strategiczne, trudno się nie zgodzić: zamknięcie atomu, uzależnienie energetyki od rosyjskiego gazu, gospodarka oparta w dużej mierze na eksporcie i jednoczesne przenoszenie produkcji do Chin. Tyle tylko, że nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że niemiecka polityka energetyczna i unijna to dwie całkowicie odrębne historie.

Oczywiście formalnie są to dwie różne rzeczy. Unia ma własne instytucje, kompetencje i proces decyzyjny, a Berlin nie może jednoosobowo narzucić pozostałym państwom swojej polityki. Tyle że przez lata Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE i jednym z jej najważniejszych politycznych ośrodków wpływu. Ich strategia energetyczna była więc jednym z istotnych czynników kształtujących europejski kierunek. Nie chodzi o to, że Berlin wskazywał palcem i cała Europa maszerowała w szeregu, ale trudno analizować unijną politykę energetyczną w oderwaniu od niemieckiej wizji.

A ta wizja przez lata była dość prosta: odejście od atomu i węgla, tani rosyjski gaz jako paliwo przejściowe, rozwój OZE i jednocześnie utrzymanie konkurencyjności niemieckiego przemysłu.

Nord Stream 2 jest tutaj wręcz podręcznikowym przykładem.

Pięć europejskich koncernów - niemieckie Uniper i Wintershall, francuski ENGIE, austriacki OMV oraz Shell - zobowiązało się wspólnie sfinansować 50% kosztów projektu. Gazprom pozostawał jedynym udziałowcem Nord Stream 2 AG. Sam gazociąg miał prowadzić bezpośrednio z Rosji do Niemiec, więc Niemcy były kluczowym odbiorcą i naturalnym centrum dalszej dystrybucji rosyjskiego gazu.

Oczywiście można powiedzieć, że korzystałyby na tym również inne państwa i firmy. Ale trudno udawać, że Niemcy nie miały w tym szczególnego interesu gospodarczego i strategicznego.

Warto zatem przypomnieć osobe Gerharda Schrodera.

Były kanclerz Niemiec, który zakończył urzędowanie w 2005 r., został następnie przewodniczącym komitetu akcjonariuszy Nord Stream. Później stanął na czele Nord Stream 2, a w 2017 r. został przewodniczącym rady nadzorczej rosyjskiego państwowego koncernu Rosnieft. Jeszcze 4 lutego 2022 r., czyli zaledwie 20 dni przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę, Gazprom nominował Schrodera do rady nadzorczej. Po rozpoczęciu wojny wycofał się z tej nominacji i zrezygnował z funkcji w Rosniefcie.

Nie chodzi więc o to, żeby twierdzić, że "Niemcy były rosyjskim agentem". Chodzi o pokazanie, jak mocno przez lata splotły się niemieckie interesy gospodarcze, polityka energetyczna i rosyjski sektor surowcowy.

A potem...cały ten model się rozsypał.

Wojna na Ukrainie odcięła Europę od założenia, że rosyjski gaz będzie stabilnym i tanim fundamentem europejskiej gospodarki. I tutaj pojawia się moim zdaniem największy paradoks całej transformacji.

Europa zaczęła gwałtownie przyspieszać rozwój OZE i budować swoją niezależność energetyczną. Tylko że w momencie, kiedy trzeba było tę transformację przeprowadzić na ogromną skalę, okazało się, że Europa nie posiada już odpowiedniej bazy przemysłowej, żeby samodzielnie produkować znaczną część potrzebnych technologii.

A Chiny posiadają.

Panele fotowoltaiczne, ogniwa, wafle krzemowe, inwertery, pompy ciepła i wiele innych elementów zielonej transformacji są produkowane w Chinach na ogromną skalę i przy bardzo konkurencyjnych kosztach.

I tutaj dochodzimy do pewnego absurdu: najpierw Europa budowała bezpieczeństwo energetyczne w oparciu o rosyjski gaz, a kiedy ten model się zawalił, zaczęła budować nowy model bezpieczeństwa energetycznego w oparciu o technologie, których produkcja w ogromnej części znajduje się w Chinach. Czyli z jednej zależności przeszliśmy w drugą.

I nie jest to wyłącznie problem Niemiec. To problem całego europejskiego modelu gospodarczego.

Europa chciała być jednocześnie zielona, niezależna energetycznie, tania i konkurencyjna przemysłowo. Tyle że przy okazji przez lata pozwalała na przenoszenie produkcji do Azji, zwiększała koszty własnego przemysłu i ograniczała rozwój części rodzimej bazy produkcyjnej. Kiedy więc przyszło gwałtownie przestawiać gospodarkę na nowe technologie, okazało się, że głównym dostawcą tych technologii jest właśnie państwo, z którym Europa zaczyna konkurować gospodarczo.

I dlatego nie sprowadzałbym tego wyłącznie do "Niemcy były chciwe i przenosiły fabryki do Chin". To jest znacznie większy problem.

Niemcy przez lata korzystały z modelu, w którym Rosja dostarczała tanią energię, Chiny kupowały niemieckie produkty, a Stany Zjednoczone gwarantowały bezpieczeństwo. Ten model był dla Niemiec fantastycznie korzystny - dopóki świat wyglądał tak jak wcześniej. Dzisiaj nie wygląda.

I właśnie dlatego zgadzam się z tezą, że Niemcy są w dużej mierze beneficjentem świata, którego już nie ma. Tyle tylko, że moim zdaniem problem nie kończy się na Niemczech.

Niemcy były jednym z głównych architektów europejskiego modelu gospodarczego ostatnich dekad, ale jednocześnie same zostały jego zakładnikiem.

A wojna na Ukrainie, zerwanie energetycznych więzi z Rosją, konkurencja z Chinami i kryzys niemieckiego przemysłu po prostu brutalnie pokazały, jak wiele elementów tego modelu opierało się na założeniach, które przestały obowiązywać.

Na końcu wracamy do kwestii, od której zaczęliśmy - kto właściwie będzie miał wpływ na kierunek Unii w przyszłości.

Dzisiaj coraz głośniej mówi się o ograniczeniu zasady jednomyślności i odejściu od prawa weta w kolejnych obszarach. 1 września 2026 r. jedenaście państw UE wezwało do poszukiwania możliwości przejścia od jednomyślności do głosowania większościowego w polityce zagranicznej. I tutaj mam zasadniczą wątpliwość...

Prawo weta nie jest wyłącznie narzędziem do blokowania decyzji. Jest również instrumentem ochrony interesów państwa, które samo nie jest w stanie przeforsować swojej wizji większością głosów. Dla Polski, czy szerzej dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, ma to ogromne znaczenie.

Jeżeli przejdziemy w kolejnych obszarach od jednomyślności do głosowania większościowego, siła polityczna poszczególnych państw będzie w coraz większym stopniu zależała od ich potencjału gospodarczego, liczby ludności i zdolności budowania koalicji. Obecny system większości kwalifikowanej wymaga 55% państw reprezentujących co najmniej 65% ludności UE, więc znaczenie największych państw jest w nim z natury rzeczy bardzo duże.

 

Jeżeli przez lata Niemcy miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki energetycznej, a dzisiaj jednocześnie należą do głównych zwolenników ograniczenia możliwości blokowania decyzji przez pojedyncze państwa, to trudno nie zadać pytania, czy w przyszłości mniejsze państwa będą miały większą, czy właśnie mniejszą możliwość wpływania na strategiczne decyzje Unii.

Bo jeżeli pozbawimy państwa takiego jak Polska jednego z najważniejszych instrumentów negocjacyjnych, jakim jest możliwość zablokowania decyzji sprzecznej z naszym interesem, to siłą rzeczy zwiększamy znaczenie państw największych, dlatego trudno mi przyjąć argument, że niemiecka polityka energetyczna i unijna to dwie zupełnie różne rzeczy.

Nie twierdzę, że Berlin siedzi w Brukseli i jednym palcem wskazuje, co ma robić cała Europa. Twierdzę coś znacznie prostszego: jeżeli największe gospodarczo i politycznie państwa mają największy wpływ na kierunek Unii, a jednocześnie dążymy do systemu, w którym decyzje będą mogły zapadać bez zgody wszystkich państw, to wpływ tych największych będzie siłą rzeczy jeszcze większy.

A skoro dzisiaj widać, że Niemcy i Francja należą do głównych promotorów takiej zmiany, to trudno nie zastanawiać się, komu taka konstrukcja polityczna będzie w praktyce najbardziej sprzyjać.

Ostatecznie nie chodzi tylko o to, czy Unia będzie podejmowała decyzje szybciej, chodzi o to, kto będzie miał największy wpływ na to, jakie te decyzje będą.

Uważam, że dyskusja o niemieckiej polityce energetycznej jest jedynie fragmentem znacznie większego problemu - czyli tego, kto będzie wyznaczał strategiczny kierunek Unii Europejskiej i jaką realną możliwość wpływania na ten kierunek będą miały państwa takie jak Polska

 

Warto również zapoznać się z opiniami ekonomisty Jeffreya Sachsa na temat przyczyn wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie oraz sabotażu Nord Stream. Sachs od lat argumentuje, że kluczową rolę odegrała polityka rozszerzania NATO oraz dążenie Stanów Zjednoczonych do utrzymania swojej dominującej pozycji geopolitycznej. W sprawie zniszczenia gazociągów wskazuje natomiast na motyw, możliwości oraz publiczne wypowiedzi amerykańskich polityków, w tym słowa Antony'ego Blinkena o "ogromnej szansie" wynikającej z trwałego odcięcia Europy od rosyjskiego gazu...

Nie chodzi oczywiście o to, żeby automatycznie przyjmować jego wnioski za pewnik - zwłaszcza że w sprawie Nord Stream pojawiają się również inne wersje wydarzeń. Chodzi raczej o postawienie pytania, które pojawia się zdecydowanie zbyt rzadko: komu strategicznie było na rękę, aby Unia Europejska, z Niemcami na czele, oraz Rosja nie umacniały się jako niezależne ośrodki siły gospodarczej?

Bo jeżeli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, sytuacja, w której Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosłyby w siłę, tworząc potężne gospodarcze i handlowe zaplecze Eurazji, oznaczałaby zupełnie inny układ sił niż ten, który obserwujemy dzisiaj. Europa została energetycznie i przemysłowo osłabiona, Rosja została zepchnięta do roli strategicznego przeciwnika zachodu, a Chiny stały się dla Europy jednym z głównych dostawców technologii potrzebnych do transformacji energetycznej.

I właśnie w tym kontekście warto spojrzeć na całosć. Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE, przez lata miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki, a ich model gospodarczy był w dużej mierze oparty na taniej energii z Rosji i eksporcie niemieckich produktów na światowe rynki. Ten model się załamał. Dla kogo to było korzystne? 
Tak, to pytanie retoryczne.

Edytowane przez Autor1984

"Człowiek tyle jest wart, ile warte są sprawy, którymi się zajmuje." Marek Aureliusz

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Godzinę temu, Autor1984 napisał(-a):

 

Na końcu wracamy do kwestii, od której zaczęliśmy - kto właściwie będzie miał wpływ na kierunek Unii w przyszłości.

Dzisiaj coraz głośniej mówi się o ograniczeniu zasady jednomyślności i odejściu od prawa weta w kolejnych obszarach. 1 września 2026 r. jedenaście państw UE wezwało do poszukiwania możliwości przejścia od jednomyślności do głosowania większościowego w polityce zagranicznej. I tutaj mam zasadniczą wątpliwość...

Prawo weta nie jest wyłącznie narzędziem do blokowania decyzji. Jest również instrumentem ochrony interesów państwa, które samo nie jest w stanie przeforsować swojej wizji większością głosów. Dla Polski, czy szerzej dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, ma to ogromne znaczenie.

Jeżeli przejdziemy w kolejnych obszarach od jednomyślności do głosowania większościowego, siła polityczna poszczególnych państw będzie w coraz większym stopniu zależała od ich potencjału gospodarczego, liczby ludności i zdolności budowania koalicji. Obecny system większości kwalifikowanej wymaga 55% państw reprezentujących co najmniej 65% ludności UE, więc znaczenie największych państw jest w nim z natury rzeczy bardzo duże.

 

Jeżeli przez lata Niemcy miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki energetycznej, a dzisiaj jednocześnie należą do głównych zwolenników ograniczenia możliwości blokowania decyzji przez pojedyncze państwa, to trudno nie zadać pytania, czy w przyszłości mniejsze państwa będą miały większą, czy właśnie mniejszą możliwość wpływania na strategiczne decyzje Unii.

Bo jeżeli pozbawimy państwa takiego jak Polska jednego z najważniejszych instrumentów negocjacyjnych, jakim jest możliwość zablokowania decyzji sprzecznej z naszym interesem, to siłą rzeczy zwiększamy znaczenie państw największych, dlatego trudno mi przyjąć argument, że niemiecka polityka energetyczna i unijna to dwie zupełnie różne rzeczy.

Nie twierdzę, że Berlin siedzi w Brukseli i jednym palcem wskazuje, co ma robić cała Europa. Twierdzę coś znacznie prostszego: jeżeli największe gospodarczo i politycznie państwa mają największy wpływ na kierunek Unii, a jednocześnie dążymy do systemu, w którym decyzje będą mogły zapadać bez zgody wszystkich państw, to wpływ tych największych będzie siłą rzeczy jeszcze większy.

A skoro dzisiaj widać, że Niemcy i Francja należą do głównych promotorów takiej zmiany, to trudno nie zastanawiać się, komu taka konstrukcja polityczna będzie w praktyce najbardziej sprzyjać.

Ostatecznie nie chodzi tylko o to, czy Unia będzie podejmowała decyzje szybciej, chodzi o to, kto będzie miał największy wpływ na to, jakie te decyzje będą.

Uważam, że dyskusja o niemieckiej polityce energetycznej jest jedynie fragmentem znacznie większego problemu - czyli tego, kto będzie wyznaczał strategiczny kierunek Unii Europejskiej i jaką realną możliwość wpływania na ten kierunek będą miały państwa takie jak Polska

 

Warto również zapoznać się z opiniami ekonomisty Jeffreya Sachsa na temat przyczyn wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie oraz sabotażu Nord Stream. Sachs od lat argumentuje, że kluczową rolę odegrała polityka rozszerzania NATO oraz dążenie Stanów Zjednoczonych do utrzymania swojej dominującej pozycji geopolitycznej. W sprawie zniszczenia gazociągów wskazuje natomiast na motyw, możliwości oraz publiczne wypowiedzi amerykańskich polityków, w tym słowa Antony'ego Blinkena o "ogromnej szansie" wynikającej z trwałego odcięcia Europy od rosyjskiego gazu...

Nie chodzi oczywiście o to, żeby automatycznie przyjmować jego wnioski za pewnik - zwłaszcza że w sprawie Nord Stream pojawiają się również inne wersje wydarzeń. Chodzi raczej o postawienie pytania, które pojawia się zdecydowanie zbyt rzadko: komu strategicznie było na rękę, aby Unia Europejska, z Niemcami na czele, oraz Rosja nie umacniały się jako niezależne ośrodki siły gospodarczej?

Bo jeżeli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, sytuacja, w której Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosłyby w siłę, tworząc potężne gospodarcze i handlowe zaplecze Eurazji, oznaczałaby zupełnie inny układ sił niż ten, który obserwujemy dzisiaj. Europa została energetycznie i przemysłowo osłabiona, Rosja została zepchnięta do roli strategicznego przeciwnika zachodu, a Chiny stały się dla Europy jednym z głównych dostawców technologii potrzebnych do transformacji energetycznej.

I właśnie w tym kontekście warto spojrzeć na całosć. Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE, przez lata miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki, a ich model gospodarczy był w dużej mierze oparty na taniej energii z Rosji i eksporcie niemieckich produktów na światowe rynki. Ten model się załamał. Dla kogo to było korzystne? 
Tak, to pytanie retoryczne.

 

Wpływ będzie miał ten, kto będzie skuteczniej lobbował.

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
3 godziny temu, Autor1984 napisał(-a):

Nie chodzi oczywiście o to, żeby automatycznie przyjmować jego wnioski za pewnik - zwłaszcza że w sprawie Nord Stream pojawiają się również inne wersje wydarzeń. Chodzi raczej o postawienie pytania, które pojawia się zdecydowanie zbyt rzadko: komu strategicznie było na rękę, aby Unia Europejska, z Niemcami na czele, oraz Rosja nie umacniały się jako niezależne ośrodki siły gospodarczej?

 

Rosja nigdy nie porzucila imperialnych ambicji i o zadnej "wspolpracy" z Rosja w obecnym jej ksztalcie i mentalnosci mowy nie ma. Im sie marzy ZSRR bis i widza Europe Srodkowo - Wschodnia jako swoj folwark.

Niemiecka polityka „zmiany przez handel” (Wandel durch Handel) pokazala dobitnie, jak dobrze sie wychodzi na "integracji" i "wspolpracy" z Rosja. Bo ze na Ukrainie sie nie zatrzymaja to chyba dosc oczywiste?

A forsowanie NS2, z bylym kanclerzem zasiadajacym w radach nadzorczych Gazpromu i eko-"fundacjami" sponsorowanymi by RU, wbrew wetom panstw srodkowoeuropejskich i po inwazji na Krym, jest gorzej niz skrajna glupota.

 

 

3 godziny temu, Autor1984 napisał(-a):

Bo jeżeli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, sytuacja, w której Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosłyby w siłę, tworząc potężne gospodarcze i handlowe zaplecze Eurazji, oznaczałaby zupełnie inny układ sił niż ten, który obserwujemy dzisiaj. Europa została energetycznie i przemysłowo osłabiona, Rosja została zepchnięta do roli strategicznego przeciwnika zachodu, a Chiny stały się dla Europy jednym z głównych dostawców technologii potrzebnych do transformacji energetycznej.

I właśnie w tym kontekście warto spojrzeć na całosć. Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE, przez lata miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki, a ich model gospodarczy był w dużej mierze oparty na taniej energii z Rosji i eksporcie niemieckich produktów na światowe rynki. Ten model się załamał. Dla kogo to było korzystne? 
Tak, to pytanie retoryczne.

 

US z obecnym prezydentem i ruchem MAGA na czele jest transakcyjne i bezwstydne moralnie - nie ma dla nich sojusznikow ani wartosci, liczy sie tylko aby najwyzszy pomarancz nabijal sobie i swoim kolesiom kabze.

Chiny oczywiscie, ze maja ambicje imperialne - to tez zadne zaskoczenie, prawda? Tylko, ze to nie Chiny kazaly Niemcom (niegdys liderom produkcji paneli fotowoltaicznych) przeniesc produkcje do siebie stajac sie obecnie nr 1 :D

Wracamy do punktu o krotkowzrocznosci i chciwosci firm, ktore nie patrza dalej niz najblizszy cykl planowania / rozliczania bonusow. To jak Calhoun w Boeingu, firma byla w d*pie a on rekordowe podwyzki i premie zgarnial...

 

PS. Rosja zawsze BYLA przeciwnikiem zachodu. No, moze poza krociutkim okresem po upadku ZSRR - ale szybko wrocila na "wlasciwe" tory.

 

EDIT: literowka

 

Edytowane przez cordi7

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
3 minuty temu, cordi7 napisał(-a):

 

Rosja nigdy nie porzucila imperialnych ambicji i o zadnej "wspolpracy" z Rosja w obecnym jej ksztalcie i mentalnosci mowy nie ma. Im sie marzy ZSRR bis i widza Europe Srodkowo - Wschodnia jako swoj folwark.

Niemiecka polityka „zmiany przez handel” (Wandel durch Handel) pokazala dobitnie, jak dobrze sie wychodzi na "integracji" i "wspolpracy" z Rosja. Bo ze na Ukrainie sie nie zatrzymaja to chyba dosc oczywiste?

 

 

 

 

Dlaczego to niby takie oczywiste?

Jezeli chcą odbudowywac ZSRR-bis to czemu nie zajmuja Kazachstanu, Uzbekistanu, itd ? - znacznie wiekszy obszar i na mapie wyglądałoby potężnie i propagandowo idealnie. Dlaczego wojna jest tylko tam gdzie są kluczowe surowce naturalne warte uwagi?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 minuty temu, cordi7 napisał(-a):

Rosja zawsze BYLA przeciwnikiem zachodu. No, moze krociutkim okresem po upadku ZSRR - ale szybko wrocila na "wlasciwe" tory.

Z tym zawsze to bym nie demonizował. Powiedziałbym że od 1918 jak WKP(b) doszła do władzy, a wcześniej to raczej wszystkie głowy koronowany trzymały się razem 😂

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
7 minut temu, Olo_H napisał(-a):

Z tym zawsze to bym nie demonizował. Powiedziałbym że od 1918 jak WKP(b) doszła do władzy, a wcześniej to raczej wszystkie głowy koronowany trzymały się razem 😂

 

Powiedzmy, ze mowimy o czasach po II WS :)

 

 

11 minut temu, Toho napisał(-a):

Dlaczego to niby takie oczywiste?

Jezeli chcą odbudowywac ZSRR-bis to czemu nie zajmuja Kazachstanu, Uzbekistanu, itd ? - znacznie wiekszy obszar i na mapie wyglądałoby potężnie i propagandowo idealnie. Dlaczego wojna jest tylko tam gdzie są kluczowe surowce naturalne warte uwagi?

 

Bo do czasu mocno nieudanej dla nich wojny w Ukrainie WNP i wplywy Rosji w tamtej czesci swiata byly silne a to Europa Srodkowo-Wschodnia sie buntowala i kierowala w strone Zachodu?

 

Edytowane przez cordi7

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
20 minut temu, cordi7 napisał(-a):

 

Rosja nigdy nie porzucila imperialnych ambicji i o zadnej "wspolpracy" z Rosja w obecnym jej ksztalcie i mentalnosci mowy nie ma. Im sie marzy ZSRR bis i widza Europe Srodkowo - Wschodnia jako swoj folwark.

Niemiecka polityka „zmiany przez handel” (Wandel durch Handel) pokazala dobitnie, jak dobrze sie wychodzi na "integracji" i "wspolpracy" z Rosja. Bo ze na Ukrainie sie nie zatrzymaja to chyba dosc oczywiste?

A forsowanie NS2, z bylym kanclerzem zasiadajacym w radach nadzorczych Gazpromu i eko-"fundacjami" sponsorowanymi by RU, wbrew wetom panstw srodkowoeuropejskich i po inwazji na Krym, jest gorzej niz skrajna glupota.

 

 

 

US z obecnym prezydentem i ruchem MAGA na czele jest transakcyjne i bezwstydne moralnie - nie ma dla nich sojusznikow ani wartosci, liczy sie tylko aby najwyzszy pomarancz nabijal sobie i swoim kolesiom kabze.

Chiny oczywiscie, ze maja ambicje imperialne - to tez zadne zaskoczenie, prawda? Tylko, ze to nie Chiny kazaly Niemcom (niegdys liderom produkcji paneli fotowoltaicznych) przeniesc produkcje do siebie stajac sie obecnie nr 1 :D

Wracamy do punktu o krotkowzrocznosci i chciwosci firm, ktore nie patrza dalej niz najblizszy cykl planowania / rozliczania bonusow. To jak Calhoun w Boeingu, firma byla w d*pie a on rekordowe podwyzki i premie zgarnial...

 

PS. Rosja zawsze BYLA przeciwnikiem zachodu. No, moze krociutkim okresem po upadku ZSRR - ale szybko wrocila na "wlasciwe" tory.

 

O, dochodzimy do momentu, w którym mamy już bardziej zbiór ocen i emocji niż dyskusję o mechanizmach, o których pisałem.

To, że Trump prowadzi politykę bardziej transakcyjną, można oczywiście dyskutować - zresztą nie jesteś w tym poglądzie odosobniony. Ale z faktu, że obecna administracja USA patrzy na relacje międzynarodowe bardziej przez pryzmat interesu i kosztów, nie wynika ani to, że "nie ma sojuszników", ani że cała polityka USA sprowadza się do nabijania sałaty Trumpowi i jego kolesiom. To już jest publicystyczna ocena, nie argument.

Podobnie z Chinami. Oczywiście, że Chiny mają własne ambicje strategiczne. Tylko właśnie dlatego przykład fotowoltaiki jest dobrym przykładem tego, o czym pisałem. Niemcy nie musiały być przez Pekin zmuszane do niczego. Wystarczyło, że europejskie firmy uznały, iż bardziej opłaca się produkować w Chinach, korzystając z ich skali, kosztów i przewagi technologiczno-produkcyjnej. Chiny stworzyły warunki, w których europejska przewaga przemysłowa zaczęła się kurczyć, a Europa sama w znacznym stopniu ten proces zaakceptowała.

I dokładnie o to mi chodziło od początku: nie szukam jednego winnego. Interesuje mnie mechanizm, w którym państwa i przedsiębiorstwa podejmują racjonalne z własnego punktu widzenia decyzje, które w dłuższej perspektywie mogą prowadzić do strategicznej utraty przewagi.

A z tym, że "Rosja zawsze była przeciwnikiem Zachodu", naprawdę trudno się zgodzić, w zasadzie nie sposób się z Tobą zgodzić. Historia stosunków rosyjsko-niemieckich jest znacznie bardziej skomplikowana. Były okresy rywalizacji, były wojny, ale były też bardzo bliskie okresy współpracy politycznej, gospodarczej i wojskowej - od XIX wiecznego koncertu mocarstw, przez Rapallo, aż po Ostpolitik i Nord Stream. Współczesna historia Nord Stream 2 jest zresztą najlepszym dowodem na to, że jeszcze niedawno Berlin uważał strategiczną współpracę energetyczną z Moskwą za zgodną z własnym interesem.

Dlatego naprawdę nie próbuję tu udowodnić, że Rosja jest super, Chiny są cudowne, a USA są do d*py. To byłoby równie infantylne jak przeciwna narracja.

Mój punkt jest dużo prostszy: wielkie państwa kierują się przede wszystkim własnym interesem, a firmy przede wszystkim własnym rachunkiem ekonomicznym. Czasem te interesy się pokrywają, czasem są sprzeczne. Jeżeli chcemy zrozumieć, dlaczego Europa znalazła się dzisiaj w takim, a nie innym miejscu, trzeba analizować właśnie te zależności, a nie sprowadzać wszystkiego do tego, że jedni są imperialistyczni, drudzy chciwi, a trzeci moralnie bezwstydni.

Znasz dowcip o izraelskiej bombie?

I właśnie dlatego nie bardzo widzę sens dalszego licytowania się na to, kto jest bardziej "zły". Jeżeli już rozmawiamy o polityce międzynarodowej, to znacznie ciekawsze jest pytanie, jakie były interesy poszczególnych graczy, jakie decyzje podejmowali i jakie były ich konsekwencje.


"Człowiek tyle jest wart, ile warte są sprawy, którymi się zajmuje." Marek Aureliusz

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
3 godziny temu, Autor1984 napisał(-a):

Z tym, że Niemcy popełniły gigantyczne błędy strategiczne, trudno się nie zgodzić: zamknięcie atomu, uzależnienie energetyki od rosyjskiego gazu, gospodarka oparta w dużej mierze na eksporcie i jednoczesne przenoszenie produkcji do Chin. Tyle tylko, że nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że niemiecka polityka energetyczna i unijna to dwie całkowicie odrębne historie.

Oczywiście formalnie są to dwie różne rzeczy. Unia ma własne instytucje, kompetencje i proces decyzyjny, a Berlin nie może jednoosobowo narzucić pozostałym państwom swojej polityki. Tyle że przez lata Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE i jednym z jej najważniejszych politycznych ośrodków wpływu. Ich strategia energetyczna była więc jednym z istotnych czynników kształtujących europejski kierunek. Nie chodzi o to, że Berlin wskazywał palcem i cała Europa maszerowała w szeregu, ale trudno analizować unijną politykę energetyczną w oderwaniu od niemieckiej wizji.

A ta wizja przez lata była dość prosta: odejście od atomu i węgla, tani rosyjski gaz jako paliwo przejściowe, rozwój OZE i jednocześnie utrzymanie konkurencyjności niemieckiego przemysłu.

Nord Stream 2 jest tutaj wręcz podręcznikowym przykładem.

Pięć europejskich koncernów - niemieckie Uniper i Wintershall, francuski ENGIE, austriacki OMV oraz Shell - zobowiązało się wspólnie sfinansować 50% kosztów projektu. Gazprom pozostawał jedynym udziałowcem Nord Stream 2 AG. Sam gazociąg miał prowadzić bezpośrednio z Rosji do Niemiec, więc Niemcy były kluczowym odbiorcą i naturalnym centrum dalszej dystrybucji rosyjskiego gazu.

Oczywiście można powiedzieć, że korzystałyby na tym również inne państwa i firmy. Ale trudno udawać, że Niemcy nie miały w tym szczególnego interesu gospodarczego i strategicznego.

Warto zatem przypomnieć osobe Gerharda Schrodera.

Były kanclerz Niemiec, który zakończył urzędowanie w 2005 r., został następnie przewodniczącym komitetu akcjonariuszy Nord Stream. Później stanął na czele Nord Stream 2, a w 2017 r. został przewodniczącym rady nadzorczej rosyjskiego państwowego koncernu Rosnieft. Jeszcze 4 lutego 2022 r., czyli zaledwie 20 dni przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę, Gazprom nominował Schrodera do rady nadzorczej. Po rozpoczęciu wojny wycofał się z tej nominacji i zrezygnował z funkcji w Rosniefcie.

Nie chodzi więc o to, żeby twierdzić, że "Niemcy były rosyjskim agentem". Chodzi o pokazanie, jak mocno przez lata splotły się niemieckie interesy gospodarcze, polityka energetyczna i rosyjski sektor surowcowy.

A potem...cały ten model się rozsypał.

Wojna na Ukrainie odcięła Europę od założenia, że rosyjski gaz będzie stabilnym i tanim fundamentem europejskiej gospodarki. I tutaj pojawia się moim zdaniem największy paradoks całej transformacji.

Europa zaczęła gwałtownie przyspieszać rozwój OZE i budować swoją niezależność energetyczną. Tylko że w momencie, kiedy trzeba było tę transformację przeprowadzić na ogromną skalę, okazało się, że Europa nie posiada już odpowiedniej bazy przemysłowej, żeby samodzielnie produkować znaczną część potrzebnych technologii.

A Chiny posiadają.

Panele fotowoltaiczne, ogniwa, wafle krzemowe, inwertery, pompy ciepła i wiele innych elementów zielonej transformacji są produkowane w Chinach na ogromną skalę i przy bardzo konkurencyjnych kosztach.

I tutaj dochodzimy do pewnego absurdu: najpierw Europa budowała bezpieczeństwo energetyczne w oparciu o rosyjski gaz, a kiedy ten model się zawalił, zaczęła budować nowy model bezpieczeństwa energetycznego w oparciu o technologie, których produkcja w ogromnej części znajduje się w Chinach. Czyli z jednej zależności przeszliśmy w drugą.

I nie jest to wyłącznie problem Niemiec. To problem całego europejskiego modelu gospodarczego.

Europa chciała być jednocześnie zielona, niezależna energetycznie, tania i konkurencyjna przemysłowo. Tyle że przy okazji przez lata pozwalała na przenoszenie produkcji do Azji, zwiększała koszty własnego przemysłu i ograniczała rozwój części rodzimej bazy produkcyjnej. Kiedy więc przyszło gwałtownie przestawiać gospodarkę na nowe technologie, okazało się, że głównym dostawcą tych technologii jest właśnie państwo, z którym Europa zaczyna konkurować gospodarczo.

I dlatego nie sprowadzałbym tego wyłącznie do "Niemcy były chciwe i przenosiły fabryki do Chin". To jest znacznie większy problem.

Niemcy przez lata korzystały z modelu, w którym Rosja dostarczała tanią energię, Chiny kupowały niemieckie produkty, a Stany Zjednoczone gwarantowały bezpieczeństwo. Ten model był dla Niemiec fantastycznie korzystny - dopóki świat wyglądał tak jak wcześniej. Dzisiaj nie wygląda.

I właśnie dlatego zgadzam się z tezą, że Niemcy są w dużej mierze beneficjentem świata, którego już nie ma. Tyle tylko, że moim zdaniem problem nie kończy się na Niemczech.

Niemcy były jednym z głównych architektów europejskiego modelu gospodarczego ostatnich dekad, ale jednocześnie same zostały jego zakładnikiem.

A wojna na Ukrainie, zerwanie energetycznych więzi z Rosją, konkurencja z Chinami i kryzys niemieckiego przemysłu po prostu brutalnie pokazały, jak wiele elementów tego modelu opierało się na założeniach, które przestały obowiązywać.

Na końcu wracamy do kwestii, od której zaczęliśmy - kto właściwie będzie miał wpływ na kierunek Unii w przyszłości.

Dzisiaj coraz głośniej mówi się o ograniczeniu zasady jednomyślności i odejściu od prawa weta w kolejnych obszarach. 1 września 2026 r. jedenaście państw UE wezwało do poszukiwania możliwości przejścia od jednomyślności do głosowania większościowego w polityce zagranicznej. I tutaj mam zasadniczą wątpliwość...

Prawo weta nie jest wyłącznie narzędziem do blokowania decyzji. Jest również instrumentem ochrony interesów państwa, które samo nie jest w stanie przeforsować swojej wizji większością głosów. Dla Polski, czy szerzej dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, ma to ogromne znaczenie.

Jeżeli przejdziemy w kolejnych obszarach od jednomyślności do głosowania większościowego, siła polityczna poszczególnych państw będzie w coraz większym stopniu zależała od ich potencjału gospodarczego, liczby ludności i zdolności budowania koalicji. Obecny system większości kwalifikowanej wymaga 55% państw reprezentujących co najmniej 65% ludności UE, więc znaczenie największych państw jest w nim z natury rzeczy bardzo duże.

 

Jeżeli przez lata Niemcy miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki energetycznej, a dzisiaj jednocześnie należą do głównych zwolenników ograniczenia możliwości blokowania decyzji przez pojedyncze państwa, to trudno nie zadać pytania, czy w przyszłości mniejsze państwa będą miały większą, czy właśnie mniejszą możliwość wpływania na strategiczne decyzje Unii.

Bo jeżeli pozbawimy państwa takiego jak Polska jednego z najważniejszych instrumentów negocjacyjnych, jakim jest możliwość zablokowania decyzji sprzecznej z naszym interesem, to siłą rzeczy zwiększamy znaczenie państw największych, dlatego trudno mi przyjąć argument, że niemiecka polityka energetyczna i unijna to dwie zupełnie różne rzeczy.

Nie twierdzę, że Berlin siedzi w Brukseli i jednym palcem wskazuje, co ma robić cała Europa. Twierdzę coś znacznie prostszego: jeżeli największe gospodarczo i politycznie państwa mają największy wpływ na kierunek Unii, a jednocześnie dążymy do systemu, w którym decyzje będą mogły zapadać bez zgody wszystkich państw, to wpływ tych największych będzie siłą rzeczy jeszcze większy.

A skoro dzisiaj widać, że Niemcy i Francja należą do głównych promotorów takiej zmiany, to trudno nie zastanawiać się, komu taka konstrukcja polityczna będzie w praktyce najbardziej sprzyjać.

Ostatecznie nie chodzi tylko o to, czy Unia będzie podejmowała decyzje szybciej, chodzi o to, kto będzie miał największy wpływ na to, jakie te decyzje będą.

Uważam, że dyskusja o niemieckiej polityce energetycznej jest jedynie fragmentem znacznie większego problemu - czyli tego, kto będzie wyznaczał strategiczny kierunek Unii Europejskiej i jaką realną możliwość wpływania na ten kierunek będą miały państwa takie jak Polska

 

Warto również zapoznać się z opiniami ekonomisty Jeffreya Sachsa na temat przyczyn wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie oraz sabotażu Nord Stream. Sachs od lat argumentuje, że kluczową rolę odegrała polityka rozszerzania NATO oraz dążenie Stanów Zjednoczonych do utrzymania swojej dominującej pozycji geopolitycznej. W sprawie zniszczenia gazociągów wskazuje natomiast na motyw, możliwości oraz publiczne wypowiedzi amerykańskich polityków, w tym słowa Antony'ego Blinkena o "ogromnej szansie" wynikającej z trwałego odcięcia Europy od rosyjskiego gazu...

Nie chodzi oczywiście o to, żeby automatycznie przyjmować jego wnioski za pewnik - zwłaszcza że w sprawie Nord Stream pojawiają się również inne wersje wydarzeń. Chodzi raczej o postawienie pytania, które pojawia się zdecydowanie zbyt rzadko: komu strategicznie było na rękę, aby Unia Europejska, z Niemcami na czele, oraz Rosja nie umacniały się jako niezależne ośrodki siły gospodarczej?

Bo jeżeli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, sytuacja, w której Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosłyby w siłę, tworząc potężne gospodarcze i handlowe zaplecze Eurazji, oznaczałaby zupełnie inny układ sił niż ten, który obserwujemy dzisiaj. Europa została energetycznie i przemysłowo osłabiona, Rosja została zepchnięta do roli strategicznego przeciwnika zachodu, a Chiny stały się dla Europy jednym z głównych dostawców technologii potrzebnych do transformacji energetycznej.

I właśnie w tym kontekście warto spojrzeć na całosć. Niemcy były i pozostają największą gospodarką UE, przez lata miały ogromny wpływ na kierunek europejskiej polityki, a ich model gospodarczy był w dużej mierze oparty na taniej energii z Rosji i eksporcie niemieckich produktów na światowe rynki. Ten model się załamał. Dla kogo to było korzystne? 
Tak, to pytanie retoryczne.

Czytam, czytam i niby się zgadzam, ale na koniec jak czytam "Bo jeżeli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, sytuacja, w której Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosłyby w siłę, tworząc potężne gospodarcze i handlowe zaplecze Eurazji, oznaczałaby zupełnie inny układ sił niż ten, który obserwujemy dzisiaj." to normalnie aż mnie nosi. Skąd u ciebie ten afekt wobec Rosji? To zbrodniczy, złodziejski kraj, który nic innego nie robi, tylko miesza, knuje i sieje zło. Rosję należy ignorować, sanckjonować i nigdy jej nie ufać. To kleptokracja lub, jak to ktoś ujął, reżim żulików i złodziei. 

Edytowane przez beniowski

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Siłą Rosji (od czasów Piotra Wielkiego) zawsze była armia. Gospodarczo Rosja (czy ZSRR) była dużo słabsza niż tzw. Zachód. Co nie przeszkadzało w prowadzeniu ekspansywnej polityki przynajmniej wobec tzw. Europy Środkowej

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
21 minut temu, cordi7 napisał(-a):

 

Powiedzmy, ze mowimy o czasach po II WS :)

 

 

 

Bo do czasu mocno nieudanej dla nich wojny w Ukrainie WNP i wplywy Rosji w tamtej czesci swiata byly silne a to Europa Srodkowo-Wschodnia sie buntowala i kierowala w strone Zachodu?

 

To troche nie na temat. No to chcą budowac ten ZSRR-bis czy nie. Skoro chcą budować, to dlaczego go nie budują? Dlaczego wojna jest tylko tam gdzie sa surowce naturalne? Co to ma wspólnego z jakims buntowaniem sie Europy Wschodniej?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
9 minut temu, beniowski napisał(-a):

Czytam, czytam i niby się zgadzam, ale na koniec jak czytam "Bo jeżeli spojrzeć na to z szerszej perspektywy, sytuacja, w której Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosłyby w siłę, tworząc potężne gospodarcze i handlowe zaplecze Eurazji, oznaczałaby zupełnie inny układ sił niż ten, który obserwujemy dzisiaj." to normalnie aż mnie nosi. Skąd u ciebie ten afekt wobec Rosji? To zbrodniczy, złodziejski kraj, który nic innego nie robi, tylko miesza, knuje i sieje zło. Rosję należy ignorować, sanckjonować i nigdy jej nie ufać. To kleptokracja lub, jak to ktoś ujął, reżim żulików i złodziei. 

Waldek, ale skąd Ci w ogóle przyszedł do głowy "afekt wobec Rosji"? Przeczytaj jeszcze raz zdanie, do którego się odnosisz. Napisałem, że gdyby Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosły w siłę, oznaczałoby to zupełnie inny układ sił na świecie. To jest opis hipotetycznego układu geopolitycznego, a nie wyraz sympatii do Rosji. I na pewno nie jest to hipoteza wyrwana z kapelusza.

Przez lata Europa korzystała z rosyjskich surowców, Rosja z europejskiego kapitału i technologii, a Chiny z dostępu do europejskiego rynku. Gdyby ten model rozwijał się dalej, powstałby bardzo silny układ gospodarczy w Eurazji. Można uważać taki scenariusz za niebezpieczny, nierealny albo niepożądany, ale trudno udawać, że jego ewentualne powstanie nie miałoby konsekwencji dla światowego układu sił.

I tu właśnie jest różnica między analizą a wartościowaniem. Można uważać Rosję za państwo agresywne, autorytarne i odpowiedzialne za zbrodnie wojenne, nie ufać jej i popierać sankcje, a jednocześnie analizować jej potencjał gospodarczy, surowcowy i geopolityczny. Jedno drugiego w żaden sposób nie wyklucza.

Nie napisałem przecież: szkoda, że Rosja nie rośnie w siłę ani, że powinniśmy budować z Rosją wspólną Europę. Napisałem, że gdyby trzy wielkie ośrodki gospodarcze - Europa, Rosja i Chiny - jednocześnie rosły w siłę, świat wyglądałby inaczej. To chyba dość elementarna obserwacja geopolityczna, a nie afekt wobec Rosji.

I właśnie dlatego nie bardzo rozumiem, po co w odpowiedzi pojawia się określenie: zbrodniczy, złodziejski kraj. Możemy oczywiście oceniać Rosję moralnie i politycznie, ale to nie odpowiada na pytanie, które postawiłem. Ono dotyczy interesów i układu sił, a nie tego, czy Putin jest dobrym czy złym człowiekiem.

 


"Człowiek tyle jest wart, ile warte są sprawy, którymi się zajmuje." Marek Aureliusz

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, Autor1984 napisał(-a):

Waldek, ale skąd Ci w ogóle przyszedł do głowy "afekt wobec Rosji"? Przeczytaj jeszcze raz zdanie, do którego się odnosisz. Napisałem, że gdyby Europa, Rosja i Chiny jednocześnie rosły w siłę, oznaczałoby to zupełnie inny układ sił na świecie. To jest opis hipotetycznego układu geopolitycznego, a nie wyraz sympatii do Rosji. I na pewno nie jest to hipoteza wyrwana z kapelusza.

Przez lata Europa korzystała z rosyjskich surowców, Rosja z europejskiego kapitału i technologii, a Chiny z dostępu do europejskiego rynku. Gdyby ten model rozwijał się dalej, powstałby bardzo silny układ gospodarczy w Eurazji. Można uważać taki scenariusz za niebezpieczny, nierealny albo niepożądany, ale trudno udawać, że jego ewentualne powstanie nie miałoby konsekwencji dla światowego układu sił.

I tu właśnie jest różnica między analizą a wartościowaniem. Można uważać Rosję za państwo agresywne, autorytarne i odpowiedzialne za zbrodnie wojenne, nie ufać jej i popierać sankcje, a jednocześnie analizować jej potencjał gospodarczy, surowcowy i geopolityczny. Jedno drugiego w żaden sposób nie wyklucza.

Nie napisałem przecież: szkoda, że Rosja nie rośnie w siłę ani, że powinniśmy budować z Rosją wspólną Europę. Napisałem, że gdyby trzy wielkie ośrodki gospodarcze - Europa, Rosja i Chiny - jednocześnie rosły w siłę, świat wyglądałby inaczej. To chyba dość elementarna obserwacja geopolityczna, a nie afekt wobec Rosji.

I właśnie dlatego nie bardzo rozumiem, po co w odpowiedzi pojawia się określenie: zbrodniczy, złodziejski kraj. Możemy oczywiście oceniać Rosję moralnie i politycznie, ale to nie odpowiada na pytanie, które postawiłem. Ono dotyczy interesów i układu sił, a nie tego, czy Putin jest dobrym czy złym człowiekiem.

 

Niestety rzeczowa analiza jest najczęściej zaburzana przez emocje historyczne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
3 minuty temu, Paulus57 napisał(-a):

Niestety rzeczowa analiza jest najczęściej zaburzana przez emocje historyczne.

Masz na myśli że moją ocenę kacapii zaburzają emocje historyczne?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kiedy byłem wiele lat temu pierwszy raz w USA zrozumiałem dlaczego wyszydzany w EU brak wiedzy przeciętnego Amerykanina nt. szczególików sytuacji polityczno-gospodarczej czy historycznej planktonu europejskiego nie ma żadnego znaczenia.

My się nie liczymy w świecie. Liczy się kilka, max kilkanaście krajów. A upajanie się tą wiedzą z rodzaju wielu powyższych wpisów nie rodzi na dłuższą metę kompletnie niczego poza frustracją. Praktykuję skupienie się na tym, co ma znaczenie tu i teraz i na co mam jako taki wpływ.

 

Witam wszystkich w moim życiu 2.0 🥂

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
24 minuty temu, Paulus57 napisał(-a):

Niestety rzeczowa analiza jest najczęściej zaburzana przez emocje historyczne.

Paweł, nawet nie chodzi już tylko o emocje historyczne. Współczesne elity polityczne i medialne bardzo dobrze "naumiały się" wykorzystywać ludzką potrzebę wskazywania "dobrych" i "złych". To skuteczny mechanizm, ponieważ nie wymaga od odbiorcy analizowania zależności - wystarczy wzbudzić współczucie, niechęć, strach, a w skrajnych przypadkach nienawiść.

I wtedy bardzo łatwo przejść od pytania: dlaczego dane państwo postepuje w określony ten sposób? Do pytania: kto jest dobry, a kto zły? A to są przecież dwie zupełnie różne rzeczy.

Putin jest odpowiedzialny za decyzję o rozpoczęciu pełnoskalowej wojny i można ją jednoznacznie potępiać. Ale jeżeli chcemy naprawdę analizować geopolitykę, musimy umieć wyjść poza prosty schemat moralny i zapytać również o interesy wszystkich stron, ich cele (zarówno gospodarcze jak i te związane z doktryną wojenną) i konsekwencje podejmowanych decyzji.

Dobrym przykładem jest choćby Netanjahu. Ocena jego polityki w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie bardziej złożona i zależna od tego, kto oraz w jakim kontekście o niej mówi... I właśnie ta różnica pokazuje, jak bardzo sposób przedstawiania konfliktów zależy od przyjętej narracji.

Dlatego uważam, że największym problemem nie jest samo istnienie emocji - bo to naturalny mechanizm - tylko sytuacja, w której emocje zostają wykorzystane jako filtr, przez który mamy już nie analizować rzeczywistości, lecz jedynie wskazać, komu mamy kibicować, a kogo potępiać.

 

EDIT:

Nowe Pajero.

https://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/premiery/news-mitsubishi-pajero-wraca-w-zupelnie-nowej-odslonie-diesel-ram,nId,23538338

 

Pajero.png

Edytowane przez Autor1984

"Człowiek tyle jest wart, ile warte są sprawy, którymi się zajmuje." Marek Aureliusz

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
45 minut temu, beniowski napisał(-a):

Masz na myśli że moją ocenę kacapii zaburzają emocje historyczne?

Przeczytaj swój post i sam sobie odpowiedz.

29 minut temu, Autor1984 napisał(-a):

Paweł, nawet nie chodzi już tylko o emocje historyczne. Współczesne elity polityczne i medialne bardzo dobrze "naumiały się" wykorzystywać ludzką potrzebę wskazywania "dobrych" i "złych". To skuteczny mechanizm, ponieważ nie wymaga od odbiorcy analizowania zależności - wystarczy wzbudzić współczucie, niechęć, strach, a w skrajnych przypadkach nienawiść.

I wtedy bardzo łatwo przejść od pytania: dlaczego dane państwo postepuje w określony ten sposób? Do pytania: kto jest dobry, a kto zły? A to są przecież dwie zupełnie różne rzeczy.

Putin jest odpowiedzialny za decyzję o rozpoczęciu pełnoskalowej wojny i można ją jednoznacznie potępiać. Ale jeżeli chcemy naprawdę analizować geopolitykę, musimy umieć wyjść poza prosty schemat moralny i zapytać również o interesy wszystkich stron, ich cele (zarówno gospodarcze jak i te związane z doktryną wojenną) i konsekwencje podejmowanych decyzji.

Dobrym przykładem jest choćby Netanjahu. Ocena jego polityki w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie bardziej złożona i zależna od tego, kto oraz w jakim kontekście o niej mówi... I właśnie ta różnica pokazuje, jak bardzo sposób przedstawiania konfliktów zależy od przyjętej narracji.

Dlatego uważam, że największym problemem nie jest samo istnienie emocji - bo to naturalny mechanizm - tylko sytuacja, w której emocje zostają wykorzystane jako filtr, przez który mamy już nie analizować rzeczywistości, lecz jedynie wskazać, komu mamy kibicować, a kogo potępiać.

 

EDIT:

Nowe Pajero.

https://motoryzacja.interia.pl/wiadomosci/premiery/news-mitsubishi-pajero-wraca-w-zupelnie-nowej-odslonie-diesel-ram,nId,23538338

 

Pajero.png

Rozbudzanie emocji jest skutecznym narzędziem politycznym do manipulacjami masami w systemach demokratycznych, ale nie tylko. Masy podzielone i skłócone są łatwiejsze do sterowania. 

40 minut temu, Valygaar napisał(-a):

Kiedy byłem wiele lat temu pierwszy raz w USA zrozumiałem dlaczego wyszydzany w EU brak wiedzy przeciętnego Amerykanina nt. szczególików sytuacji polityczno-gospodarczej czy historycznej planktonu europejskiego nie ma żadnego znaczenia.

My się nie liczymy w świecie. Liczy się kilka, max kilkanaście krajów. A upajanie się tą wiedzą z rodzaju wielu powyższych wpisów nie rodzi na dłuższą metę kompletnie niczego poza frustracją. Praktykuję skupienie się na tym, co ma znaczenie tu i teraz i na co mam jako taki wpływ.

 

Witam wszystkich w moim życiu 2.0 🥂

Żyjemy w świecie nadmiaru informacji, na dodatek trudnych do weryfikacji. Mądrym rozwiązaniem jest właściwa selekcja tematów i źródeł. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
27 minut temu, Paulus57 napisał(-a):

Przeczytaj swój post i sam sobie odpowiedz.

 

Podtrzymuję co powiedziałem. Niestety, moją ocenę zaburzają emocje historyczne związane z tak zamierzchłymi zdarzeniami 😱 jak: zbrodnicza napaść na Ukrainę w 2022 roku, wspieranie zbrodniczego reżimu Assada w Syrii, wykreowanie kryzysu imigracyjnego w 2015 roku. Są jeszcze już bardzo zamierzchłe, jak np. morderstwo Litwinienki polonem, ale to już prehistoria.  No ręce opadają po prostu. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Godzinę temu, Paulus57 napisał(-a):

(...)

Żyjemy w świecie nadmiaru informacji, na dodatek trudnych do weryfikacji. Mądrym rozwiązaniem jest właściwa selekcja tematów i źródeł. 

Podróżuj popatrz, przeżyj, pomyśl - 4xp i nadmiar informacji nie będzie aż takim problemem.

1 godzinę temu, Autor1984 napisał(-a):

(...)

Dobrym przykładem jest choćby Netanjahu. Ocena jego polityki w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie bardziej złożona i zależna od tego, kto oraz w jakim kontekście o niej mówi...

(...)

 

 

 

Jego siepacze wyczyniają okropieństwa nie z tej ziemi. Przykładowo z punktu widzenia katolika zaiste sposób traktowania twoich/naszych symboli religijnych wymaga kurewnie szerokiego kontekstu... :)

17 godzin temu, trollu napisał(-a):

marketing czy nie ale hasło przyciąga klienta. Wielu już się pewnie nacięło bo firmy w Chinach działają na państwowym garnuszku. Jakiś czas temu czytałem że w Anglii z dnia na dzień zniknęło kilka Chińskich marek (jeden właściciel) bo partia uznała, że słabo sobie radzą z konkurencją i ich czas już dobiegł końca, koniec z produkcją aut. Co z kilkuset klientami którzy "zdążyli" kupić ich auta? Nie wiadomo. Ale z drugiej strony - kilkadziesiąt marek ale pod poszyciem we wszystkich chyba to samo, jak mechanik nauczy sie naprawiać jednego Chinczyka to umie naprawić każdego 😉

Ja ostatnio siedziałem w Tigo 8 i nie umiałem znaleźć poprawnej pozycji za kierownicą. Listwy na desce chyba mniej trzeszczące niż te z BMW g30 😅

Chińczycy nas ostrożnie raczą swoimi produktami. Auta najbardziej inspirowane porschakami, jeepami czy rollsami raczej nie opuszczają ich granic. Oglądanie motoryzacji na chińskich ulicach jest jak patrzenie na polujące stado hien - przeraża, ale też fascynuje i nie chcesz odwracać wzroku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
6 godzin temu, Autor1984 napisał(-a):

To, że Trump prowadzi politykę bardziej transakcyjną, można oczywiście dyskutować - zresztą nie jesteś w tym poglądzie odosobniony. Ale z faktu, że obecna administracja USA patrzy na relacje międzynarodowe bardziej przez pryzmat interesu i kosztów, nie wynika ani to, że "nie ma sojuszników", ani że cała polityka USA sprowadza się do nabijania sałaty Trumpowi i jego kolesiom. To już jest publicystyczna ocena, nie argument.


Na razie to nie wydaje sie zeby USA mialy jakas polityke. Bo jesli celem jest skupienie uwagi na Chinach to wystrzelanie amunicji w Iranie, dajace Chinom wiecej swobody w planowaniu polozenia lap na Tajwanie, alienacja sojusznikow jak Korea Poludniowa poprzez odwolanie dorocznych manewrow czy wreszcie wycofanie sie z programow pomocowych, wykorzystane skrzetnie przez Chinczykow wjezdzajacych z pozyczkami do krajow z dnia na dzien porzuconych przez USA trudno obronic. Powtarzajace sie zadania przejecia Grenlandii, grozenie Wielkiej Brytanii wsarciem Argentyny w dazeniach do odzyskania Falklandow / Malwinow itp. itd. to przy tym pikus. Nie mozemy tez zapomniec o destabilizacji Bliskiego Wschodu, scementowaniu sojuszu Iranu z Huti w Jemenie i bujaniem lodka dla nas wszystkich w kontekscie przeplywu ropy - z wisienka na torcie w postaci prob zagarniecia kontroli nad Ciesnina Ormuz i pobieraniem przez USA oplat za korzystanie z niej :D

 

Wykorzystywanie stanowiska prezydenta do zarabiania to ocena publicystyczna? Serio?

 

https://www.theguardian.com/us-news/2026/aug/13/trump-presidency-revenue-wealth

"Trump has amassed staggering wealth in ‘most openly corrupt’ presidency"

 

https://ca.news.yahoo.com/trump-boasts-making-billions-since-104831254.html

"Trump boasts about making billions since returning to office"

 

Sporo bylo analiz decyzji politycznych USA, porownujacych decyzje polityczne z gra Trumpow na gieldzie.

Fajnie wiedziec, czy ropa skoczy w gore czy jej cena spadnie - i odpowiednio inwestowac. ;)

 

Ze o slynnym immunitecie zabraniajacym IRS zagladac w finanse Trumpa i rodziny nie wspomne...

 

https://time.com/article/2026/08/05/trump-tax-audit-immunity-shield-blanche-irs-settlement/

"another element of that agreement remains intact—and could shield Trump from paying as much as $100 million in back taxes and penalties"

 

 

3 godziny temu, Autor1984 napisał(-a):

Dobrym przykładem jest choćby Netanjahu. Ocena jego polityki w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie bardziej złożona i zależna od tego, kto oraz w jakim kontekście o niej mówi... I właśnie ta różnica pokazuje, jak bardzo sposób przedstawiania konfliktów zależy od przyjętej narracji.

 

Zlozona? Zlo jest zlem - nie ma drugiej strony medalu, nie ma innego kontekstu. 

 

 

1 godzinę temu, Valygaar napisał(-a):

Jego siepacze wyczyniają okropieństwa nie z tej ziemi. Przykładowo z punktu widzenia katolika zaiste sposób traktowania twoich/naszych symboli religijnych wymaga kurewnie szerokiego kontekstu... :)

 

Byl taki ciekawy dokument "Gatekeepers", gdzie wypowiadali sie byli szefowie Szin Bet (izraelski kontrwywiad).

Zapytani na koniec jakie rozwiazanie jest wg nich najlepsze wszyscy zgodnie odpowiedzieli: rozmawiac, rozmawiac, rozmawiac.

Netanjahu ma inne zdanie na ten temat: bombardowac, bombardowac, bombardowac. Smiem zaryzykowac, ze wiem, kto ma racje.

 

https://www.documentary.org/online-feature/secret-sharers-gatekeepers-exposes-hidden-history

 

Edytowane przez cordi7

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 godziny temu, beniowski napisał(-a):

Podtrzymuję co powiedziałem. Niestety, moją ocenę zaburzają emocje historyczne związane z tak zamierzchłymi zdarzeniami 😱 jak: zbrodnicza napaść na Ukrainę w 2022 roku, wspieranie zbrodniczego reżimu Assada w Syrii, wykreowanie kryzysu imigracyjnego w 2015 roku. Są jeszcze już bardzo zamierzchłe, jak np. morderstwo Litwinienki polonem, ale to już prehistoria.  No ręce opadają po prostu. 

Tak  przy okazji... od  II wojny  USA zabiło więcej ludzi w  wojnach niż Rosja - wszystkie  wojny w  ktorych brali i  biorą  udział to napastnicze, nie obronne...  oba  kraje to najwięksi terroryści  - na tym samym poziome. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Panowie bardzo proszę rozmawiajmy o samochodach, a nie o stosunkach międzynarodowych.

Kolejne posty nie na temat będą ukrywane.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

O rany, a co tu się (...)? Wyszedłem tylko na chwilę, myślałem, że rozmawiamy w temacie nowy czy używany 😯 


Miłego dnia!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Godzinę temu, pmwas napisał(-a):

nowy czy używany

1*XeB8sLtz--_mkFP4uyMBkg.jpeg

 

dzisiaj chyba taka reklama by nie przeszła 😅

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.