O, widzę!! Quasi-luxury. Oto Longines. Zastanawiałem się, czy nie kupić tańszej Monty, ale widzę, że nie podniosłaby ona mojego statusu, bo też Quasi-luxury. Natomiast mój swego czasu Tudor to już było luxury, jakkolwiek entry level, takie dla początkujących bogaczy, czyli nouveau-riches. Ale noszony kilkanaście lat temu stary Rolex lokował mnie w hi-endzie luksusu, wtedy byłem pan pełną gębą. A, zapomniałem o TAGu, wtedy też byłem na poziomie entry level lux. Przejściowo tylko czasami spadałem do poziomu zwykłego enthusiast, kupując Squale. No i tak człowiek rzuca się jak gówno w przerębli, raz waląc głową w granice prawdziwego luksusu, innym razem spadając do sadzawki zwykłego entuzjazmu. Epileptyczne drgawki, w zależności od chwilowego nastroju realizowanego w sklepie zegarmistrzowskim.