Kiedy dziś mówimy o perfumach, łatwo zapomnieć, że za każdym flakonem stoi kilka tysięcy lat prób, błędów i fascynacji. Zapach od zawsze był czymś więcej niż dodatkiem. Już w starożytnym Babilonie niejaka Tapputi-Belatekallim macerowała kwiaty i żywice, gotowała je i destylowała w prostych naczyniach, tworząc esencje wykorzystywane w rytuałach i balsamowaniu. W Egipcie aromat przeniknął codzienność, od kąpieli Kleopatry po słynny kyphi, wytwarzany powoli, warstwa po warstwie.
Gdy Europa utraciła tę wiedzę po upadku Rzymu, świat arabski nie tylko ją ocalił, ale wprowadził perfumy na wyższy poziom. Al-Kindi i Avicenna opracowali destylację parową i czyste olejki kwiatowe, a także wprowadzili alkohol jako nośnik zapachu. Dzięki temu renesansowe Włochy i Francja mogły rozwinąć perfumerię jako sztukę, a dwory uczyniły z niej oznakę stylu i statusu. XIX wiek przyniósł syntetyczne molekuły i umożliwił tworzenie kompozycji, które wcześniej były nieosiągalne. XX wiek dodał technologię headspace i ikony w rodzaju Chanel No. 5, a kultura masowa sprawiła, że perfumy stały się częścią mitologii codzienności. Najlepiej oddaje to "Pachnidło" Süskinda, które w literackiej przesadzie pokazuje, jak głęboko może sięgać obsesja na punkcie idealnego aromatu.
Współczesność łączy rzemiosło z biotechnologią, ekologię z laboratoriami, a mimo tego jedna rzecz pozostaje niezmienna: zapach wciąż potrafi wywołać emocję szybciej niż słowo.
I właśnie na tle tej ogromnej historii stoi moment z własnego podwórka. Na swoje 18 urodziny dostałem Casran od Choparda. Flakon ten podarował mi właściciel pierwszej profesjonalnej perfumerii w Bydgoszczy, tej z ul. Gdańskiej, o wdzięcznej nazwie Marko. Ten prezent miał w sobie coś więcej niż zapach. To był sygnał, że wchodzę w dorosłość, i że zapach może być czymś, co człowieka również po części określa.
Od tamtego czasu nosiłem już przekonanie, że i mężczyzna bez odpowiedniego, właściwego perfumu nie powinien wynurzać się z domu, zwłaszcza w relacjach damsko - męskich. Minęło prawie ćwierć wieku, a ja wciąż mam jego zapachw nożdrzach. Dziś patrzę w lustro bez złudzeń, że ktoś wzdycha na mój widok, ale przynajmniej żyję w przeświadczeniu, że zostawiam za sobą nienajgorszą woń. 😆
Od lat mam zwyczaj trzymać w kolekcji kilka zapachów, które naprawdę lubię. Często wracam do nich latami, tak jak do poczciwej Dolce Gabbana Pour Homme. Nie analizuję nut głowy, serca i bazy. Pozwalam to robić zawodowcom. Ja po prostu wybieram kompozycje, które mnie cieszą, nawet jeśli czasem wzajemnie się wykluczają. Podejrzewam, że każdy z nas ma na półce takie drobne sprzeczności.
Dziś do kolekcji dołączył kolejny flakon, może nawet pięć. Jadę już na oparach, a staram się trzymać zasady, żeby mieć nie więcej - niż dziesięć. I szczerze podziwiam m.in. Adama @loco50 bo mam wewnętrzne przekonanie, że one z czasem ulatniają się jak kamfora. Zdarza mi się mieć dwa egzemplarze tej samej linii, ale każdy ma swoje zadanie. Woda toaletowa jest idealna na spokojną sobotę w domu, woda perfumowana sprawdza się, gdy wpadają goście, a perfum rezerwuję na spotkanie albo kolację z Towarzyszką.
Pamiętacie swój pierwszy - poważniejszy flakon?
Wspomniany Casran - zdjęcie z netu