Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Autor1984

Stowarzyszenie
  • Liczba zawartości

    2453
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Zawartość dodana przez Autor1984

  1. Mariusz, a kto komu zabroni być po jednej i drugiej stronie. Ja po prostu dostrzegam pewną wspólną oś w tym, co robi Smarzowski i zaczyna mi się to układać w szerszy obraz. I mówię to też o sobie, bo w pewnym sensie sam wpadam w ten schemat: oglądam, przeżywam, interpretuję i łapię się na tym, że widzę więcej, niż może faktycznie jest na ekranie. Po prostu Smarzowski tak działa. Oglądając wczoraj "Wesele 2", miałem bardzo konkretne skojarzenie. Smarzowski zajmuje dziś miejsce w przestrzeni publicznej podobne do tego, które lata temu zajmował Jan Tomasz Gross. Gross robił to słowem, Smarzowski robi to obrazem, ale mechanizm narracyjny jest podobny: mocny moralny osąd, sugestia zbiorowej winy i taka rama interpretacyjna, która działa mocniej niż same fakty. Przecież Gross pisał swoje najbardziej głośne tezy na podstawie bardzo ograniczonego materiału źródłowego. Nie twierdzę, że pisał o rzeczach nieistniejących, ale często opierał się na relacjach fragmentarycznych i niejednoznacznych, które potem ubierał w ton prawdy o całym społeczeństwie. Wielu ludzi odebrało to jako generalizację i obciążenie Polaków odpowiedzialnością zbiorową bez materiału proporcjonalnego do skali osądu. I w tym sensie porównanie do Smarzowskiego jest zasadne. "Wesele 2" to film, który emocjonalnie wjeżdża z pełnym impetem, ale rysuje polskość jednym bardzo ciemnym kolorem. To nie jest dokument, to jest narracja z tezą, taka sama jak u Grossa: nie tyle zapis świata, ile interpretacja moralna, w której patologia staje się symboliczną esencją narodu. Można oczywiście pokazywać takie historie, bo one istnieją, ale pytanie brzmi, czy mają one tworzyć obraz Polski jako całości. Oczywiście nie porównuję filmu fabularnego do pracy historycznej. Porównuję jedynie sposób budowania przekazu. W obu przypadkach mamy do czynienia z mocną tezą, która dzięki intensywności obrazu lub języka zaczyna funkcjonować jako szersza prawda o społeczeństwie. Jedni to przyjmują, inni odrzucają. Ja po prostu zauważam, że Smarzowski posługuje się emocjonalną narracją tak samo skutecznie, jak Gross robił to kiedyś w publicystyce. A to, że sam reaguję na jego filmy jak na ważny głos, pokazuje tylko, że i ja jak wyżej wspomniałem jestem elementem tego samego mechanizmu. W tym sensie widzę pewną ciągłość. Smarzowski nie tyle rejestruje polską rzeczywistość, ile korzysta z jej najbardziej skrajnych fragmentów, żeby budować mocny, jednolity obraz. I każdy sobie zada pytanie, czy to diagnoza, czy artystyczna rama ideowa. Tu zaczyna się przestrzeń na interpretację.
  2. XC60 zdominowało świat suv w Polsce. Jest tego od zatrzęsienia.
  3. To bardzo ciekawa perspektywa i w zasadzie trudno się z nią w pełni nie zgodzić. Rzeczywiście, jeżeli filmy Smarzowskiego mają pełnić funkcję lustra, w którym społeczeństwo może dostrzec własne deformacje, to pełni on w jakimś sensie rolę moralisty. Jednakże mnie niepokoi proporcja tego przekazu. Bo choć świat Smarzowskiego jest autentyczny, jest też jednostronny. Zło zawsze ma polski adres, a bohater - jeśli już nie degenerat - to przynajmniej ofiara własnego środowiska. To oczywiście zabieg celowy, ma boleć, ma uwierać, ma zmuszać do refleksji. Ale z biegiem lat zaczyna się tworzyć z tego antropologiczna matryca, w której polskość staje się synonimem zepsucia. Jeśli każde lustro pokazuje wyłącznie brud, to przestaje być lustrem, a staje się deformującym zwierciadłem. Odstępstwem od tej reguły był chyba tylko "Kler". Postać grana przez Arkadiusza Jakubika niesie pewną nadzieję, jest próbą pokazania dobra w świecie skażonym grzechem i obłudą. Ale i ona kończy tragicznie - samospaleniem, które symbolicznie gasi to światełko nadziei. To bardzo wymowne, bo nawet tam, gdzie mogłoby się pojawić oczyszczenie, Smarzowski kończy historię w ogniu i rozpaczy. Nie neguję wartości jego filmów ani ich siły oddziaływania. Dostrzegam jednak niebezpieczeństwo, że moralny komunikat przekształca się w estetykę upadku, w której katarsis ustępuje miejsca przyzwyczajeniu do brzydoty. I wtedy, zamiast budzić sumienia, sztuka zaczyna je znieczulać.
  4. Autor1984

    Perfumy

    Moim skromnym zdaniem YSL robi najlepsze wody perfumowane i perfumy, choć Żona mocno optuje za Chanel i tak są tam zapachy, które mnie przyciągają. Co do wspomnianego Bossa przez Kolegę @Zolwto z przykrością stwierdzam, że Boss robi zapachową tandetę.
  5. Ano będzie. Moje opinie są jedynie efektem przemyśleń i pewnych doświadczeń. Nie mam merytorycznej wiedzy motoryzacyjnej - jedynie tą zasłyszaną, przeczytaną lub w dobie YT obejrzaną.
  6. Rozwiń myśl, bo nie wiem jak mam się z tym czuć.
  7. Ta konfiguracja coraz bardziej mi się podoba. Naturalnie moje zdanie tutaj jest nieistotne, natomiast wszystko sie fajnie zeplnie, wnętrze z Bowersem, do tego felgi i białe nadwozie.
  8. Twoja konfiguracja Pawle jest konkretna, w zasadzie to już pole XC90 @Krakus1Jerzy produkcja XC60 powróciła do Szwecji.
  9. Dorsz w botwince. Żona mówi, że przepis z netu, ale robi "na oko". Składniki 1kg polędwicy z dorsza Papryka słodka, kurkuma, oregano, Olej lub masło klarowane 2 - 3 małe cebule 2 pęczki botwinki 200 - 300 ml bulionu 100 ml śmietanki 30% Mąka pszenna Koperek siekany Przygotowanie Filety doprawić solą i pieprzem oraz natrzeć papryką w proszku, oregano i kurkumą. Rozgrzać patelnię z olejem lub masłem klarowanym, włożyć filety i obsmażać z każdej strony. Botwinkę umyć, osuszyć. Odciąć buraczki, obrać je i posiekać w kosteczkę. Liście botwinki również drobno posiekać. Na patelni na łyżce oleju/masła poddusić pokrojoną w kosteczkę cebulę. Dodać buraczki z botwinki i wymieszać. Smażyć przez ok. 3 minuty. Następnie dodać twarde części łodyżek botwinki, wlać bulion i zagotować. Gotować przez ok. 3 minuty, następnie dodać liście botwinki, wymieszać i gotować przez kolejne 2 minuty. Dodać śmietankę, doprawić solą i pieprzem i gotować co chwilę mieszając przez ok. 2 minuty. Dodać pół łyżki posiekanego koperku i wymieszać. Sos można zagęścić mąką.(Jednak jak ryba jest obtoczona w mące - to czasem nie trzeba. Zależy ile sosu wyjdzie) U nas Żona robiu wszystko na wyczucie. Jeśli filety dorsza się ostudziły, można włożyć je do sosu i razem podgrzewać. Nawet jakieś foto znalazłem
  10. Kartaczy nigdy nie jadłem, pyzy i owszem - z omastą. Dobrze pamiętam kuchnię Babci, mamy mojej mamy - prostą, ale cudowną. Mama wiele rzeczy, które Babcia robiła, udoskonaliła po swojemu. Uważam się jednak za szczęściarza, bo Żona ma prawdziwe mistrzostwo, a różnorodność, jaka pojawia się u nas w kuchni, pozwala często odkrywać smaki na nowo. Na przykład dorsz z botwinką…
  11. Obojętnie co mama zrobi, to zawsze jest mistrzostwo Zalewajki nie jadłem nigdy. Czytam właśnie, że to żurkowate jest.
  12. Pisałem już kiedyś o cudownym przepisie śp. Dr Russaka - uwielbiam bigos, a miód i czerwone wino stały się nieodzownym elementem tej pysznej strawy! Seweryn nie jestem w stanie pojąć jak można nie lubić tego cuda;) No chyba, że ktoś ma złe wspomnienia - tego PRLowskiego wytworu robionego z tego co zostało w lodówie...
  13. Mam wyłączone sprawdzanie pisowni, a nie chce mi się tekstu przerzucać do worda. Oczywiście nie usprawiedliwia mnie to w żaden sposób do puszczania takich paskudnych bąków w eter. Dzięki Mariusz za czujność - już edytuję!
  14. Nic dodać, nic ująć. Też m.in. uważam, że "Bezsenność" jest również i całościowo lepsza, aniżeli "Rekrut". Co do D. Brasco - jest taka scena gdy Czarny Sonny grany przez śp. Michaela Madsena bierze na stronę Donniego (rewelacyjny Depp) i omawia z nim sprawy "rodzinne". Ten zawód w oczach Ruggiero... Mistrzostwo. A co do epizodu w "Pewnego razu w Hollywood" to, znacznie ciekawszą postać wykreował w "Dom Gucci"; może dlatego, że była to rola drugoplanowa i miał okazję się w pełni zaprezentować. Leto był super
  15. Kilku? Raczej kilkunastu, a nawet kilkuset!
  16. No jasne. Al Pacino - odhaczony praktycznie w każdej roli EDIT. Ortografia...
  17. Mało kto wie, że początkowo producenci "Ojca chrzestnego" byli zdecydowanie przeciwni obsadzeniu Ala Pacino w roli Michaela Corleone. Uważali, że jest zbyt mało znany i nie pasuje do tej postaci. Coppola jednak uparł się na niego, postawiłna swoim - i dobrze, bo dzięki temu powstała jedna z najlepiej wykreowanych postaci w historii Hollywood.
  18. Waldek, pamięć bywa ulotna, dlatego warto przypomnieć pewne fakty. W 2012 roku Patriarcha Cyryl oraz Arcybiskup Michalik podpisali dokument o pojednaniu narodów Polski i Rosji, którego celem była odbudowa wzajemnego zaufania oparta na wspólnym dziedzictwie chrześcijańskim. To gest mądrości etapu, świadczący o tym, że relacje międzynarodowe rządzą się inną logiką niż prywatne rozliczenia historyczne. Możemy spekulować, czy Cyryl kiedykolwiek publicznie potępi zbrodnie komunistyczne, ale nie wydaje mi się, by było to możliwe w obecnym kontekście geopolitycznym. Relacje międzynarodowe są złożone, a kościół rosyjski działa pod silnym wpływem państwa. Wiele gestów i milczeń ma charakter pragmatyczny. Jeśli chodzi o rzekomą agenturalną przeszłość Patriarchy "Michajłowa" Cyryla - brak jest jednoznacznych dowodów(dokum,enty ujawnili Niemcy w latach 70tych). W wywiadzie rosyjskiej telewizji, zapytany o zarzuty współpracy z KGB, odpowiedział krótko i ironicznie: "Da i szto?". Innymi słowy, nie potwierdza, nie zaprzecza, ale i nie rozwija tematu, pozostawiając pole do domysłów i interpretacji. Bo tak mówią - i co z tego? Bo był - i co mu zrobią? Majstersztyk. Na koniec, jeśli idzie o sumienie narodowe, nie można ignorować geopolitycznej gry, gdzie interes państw i instytucji często kładzie się cieniem na kwestię rozliczenia z przeszłością. Nie warto więc oczekiwać od hierarchów kościelnych ani polityków, że będą działać wyłącznie pod dyktando moralności, gdy na szali leżą strategiczne cele. Takie zjawiska w "przyrodzie" nie występują. Także - mądrość etapu i polityka interesów - to kluczowe narzędzia działalności dużych graczy.
  19. Robert w 2006 Niemcy zostali rozgrzeszeni. Rozgrzeszył ich sam Benedykt XVI przypisując winę nazistom, którzy okupowali teren zamieszkiwany przez Niemców. Z narodu zbrodniarzy jednym susem przeskoczyli do narodu ofiar. "W miejscu takim jak to słowa zawodzą; w końcu może pozostać tylko przerażone milczenie - milczenie, które jest wewnętrznym wołaniem do Boga: dlaczego milczałeś, Boże? Dlaczego to mogło się wydarzyć? (…) Naród niemiecki został wykorzystany przez grupę zbrodniarzy, którzy osiągnęli władzę przez obietnice wielkości i odbudowy honoru narodu. W imię tego fałszywego obrazu Niemcy zostały wciągnięte w spiralę zła i terroru, w której uczestniczyli, stając się zarazem ofiarami i sprawcami". Sprytny zabieg, który w znaczący sposób przemodelował narrację. Takim manewrem retorycznym zapobiega się jednoznacznej ocenie. Co nie jest takie oczywiste w filmach Smarzowskiego. To tak gwoli ścisłości, co do świadomości i sumień przyjaciół zza Odry i polskich reżyserów.
  20. Tak, to prawda - Smarzowski ma odwagę poruszać trudne tematy, ale ten obraz zaczyna być naprawdę męczący. Brakuje w nim już powietrza, jakiegoś oddechu, który pozwoliłby zobaczyć człowieka, a nie tylko jego brud.
  21. Mam istotny problem ze Smarzowskim. Tekst recenzji brzmi tak, jakby został wklejony z gotowej matrycy - tej samej, którą uruchamia się przy każdej premierze Smarzowskiego: "mocny film, rozdrapuje rany, zmusza do refleksji". Smarzowski rzeczywiście jest nieugięty, ale coraz bardziej przewidywalny. Nie widziałem jeszcze "Domu dobrego", ale jeśli mam wierzyć zwiastunowi, to znowu zobaczę ten sam katalog polskich grzechów: pijaństwo, przemoc, hipokryzję, moralne błoto. On odsłania ciemne zakamarki ludzkiej duszy, ale zawsze tej polskiej. Jakbyśmy byli wyłącznie zbiorem patologii. Owszem, mówi się, że Smarzowski uderza w "system", w "instytucje", w "obyczaje". Ale kto te instytucje tworzy? Kto ten system zasila? Zawsze Polacy. W efekcie - bez względu na intencje - jego kino rzeźbi wizerunek Polaka jako istoty bez zasad, bez kręgosłupa, bez nadziei. I przez powtarzalność tych obrazów efekt staje się trwały. To działa jak powielacz - im częściej oglądamy ten sam brud, tym bardziej zaczynamy wierzyć, że to jedyny możliwy obraz nas samych. W pewnym momencie zaczynam się zastanawiać, czy Smarzowski naprawdę wciąż "rozlicza Polskę", czy po prostu utrwala jedną, najbardziej paskudną wersję polskości. Bo to moralizowanie zaczyna przypominać mechanizm zadaniowy: film za filmem, wciąż ta sama nuta, wciąż ten sam grzech pierworodny. Być może największym dramatem nie jest to, co Smarzowski pokazuje, tylko to, że my - widzowie - zaczynamy w to wierzyć z poklaskiem. Bo nic tak nas nie jednoczy jak wspólne poczucie hańby. Zakorzeniono nam trwale pedagogikę wstydu, która w tym przypadku dotyka nie tylko pojęcia historycznego, ale i rysu charakterologicznego narodu. Parę lat temu pojawił się cytowany wpis na Filmweb o Smarzowskim. Poniżej wklejam całość. Cała prawda o Smarzowskim "4 lata temu Tekst nie mój, znaleziony na jednym z forów, ale idealnie oddaje tzw. twórczość Smarzowskiego. "Smarzowski przynudza. Te same mordy w tych samych okolicznościach co zwykle. Dałby już ku**a spokój chociaż z tym Jakubikiem. Podejrzewam, że następny film o polskich szkołach. Jakubik wuefista-pijaczyna, macający uczennice. Trzydzieści lat wstecz wicemistrz powiatu w rzucie oszczepem. Dyplom utrwalający ten sukces trzyma na honorowym miejscu w swojej norze i pije pod ten widok, płacząc i waląc kapucyna. Izabela Kuna pijaczka-polonistka, która popuszcza szpary klasowemu gangusowi. W tej roli lekko przypudrowany Bartłomiej Topa - jest tak stary, bo kiblował przez trzydzieści lat w drugiej klasie technikum. Kuna zachodzi z nim w ciążę - kiedy on się o tym dowiaduje, wali ją w ryj i rozkazuje wykonać skrobankę. W wyniku obrażeń następuje poronienie, załamana psychicznie Kuna wiesza się na lampie w swojej sali lekcyjnej. Kiedy znajdują ją uczniowie widok ich w ogóle nie wzrusza - cieszą się tylko, że nie będzie lekcji i idą się naćpać gdzieś za winklem. Robert Więckiewicz - dyrektor. kiedyś wielki inteligent, biolog, ale karierę zablokowano mu względów politycznych. Dzisiaj złośliwy degenerat, popijający cichaczem z małpek pokitranych w różnych zakamarkach gabinetu. Podczas apelu z okazji Święta Niepodległości jest pijany, zasypia i szcza pod siebie. Lech Dyblik to z kolei wiecznie zaszczany woźny, walący denaturat przez szmatę do podłogi. Jacek Braciak przyp**dolony matematyk znęcający się psychicznie nad klasą (w kubku termicznym zamiast kawy ma czysty spirytus). Trzyma się na stanowisku przez znajomości w kurii - jest nieślubnym synem biskupa, trzęsącego całym miastem. Kinga Preis - wiecznie naje*ana szatniarka w usmarkanym fartuchu. Podsłuchuje jakąś newralgiczną rozmowę szkolnych dilerów (w roli szesnastolatków aktorzy 10 lat starsi, porozumiewający się koślawymi dialogami, nieudolnie stylizowanymi na młodzieżowy slang). Kiedy dilerzy nakrywają ją z gumowym uchem przylepionym do drzwi, biją ją i gwałcą w kantorku na miotły, bo ktoś przecież musi wyr*chać Kingę Preis, Smarzol nam nie odpuści takiej obrzydliwości. Jeszcze Eryk Lubos - najlepszy przyjaciel Jakubika z kanciapy wuefistów. były kulturysta - dzisiaj impotent, nie jest w stanie wyr*chać nawet kur*y (Iwona Wszołkówna). Alkoholik, nieszczęśliwie zakochany w jednej z uczennic. kiedy się dowiaduje, że Jakubik ją wymacał pod szatnią za c*pę, morduje kolegę z rady pedagogicznej na oczach klasy, miażdżąc mu głowę piłką lekarską. Kończy w pierdlu. kiedy odjeżdża s*ką i już wie, że nic go więcej w życiu nie czeka, zerka tylko na swoją ukochaną Andżelikę i liczy, że ona odwzajemni spojrzenie. Niestety, Andżelika akurat flirtuje z jakimś Sebiksem. No i oczywiście Marian Dziędziel. Wiceminister, który wizytuje szkołę w dniu święta narodowego. Jest napi**dolony jak zwierzę, trzeba go wnosić na podest, gdzie wygłasza bełkotliwe przemówienie, puentując je słowami Jana Zamojskiego: "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie". Po czym wyrzyguje się na trzy pierwsze rzędy uczniów, ale oni są tak naćpani, że nawet tego nie zauważają. Na koniec cała sala śpiewa Pieśń Legionów. Scena jest bardzo wymowna i zmusza do refleksji. Wiwat Wojciech Smarzowski wreszcie rozliczył patologię państwowego systemu szkolnictwa!"
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.