Coś w tym jest. Ciągła pogoń za szybkim zyskiem i zadowoleniem udziałowców może prowadzić do cięcia kosztów na dostawcach i materiałach oraz mniej skrupulatnej kontroli jakości. W efekcie na rynek trafiają auta, które nie są do końca dopracowane. W ten sposób stajemy się niejako nieświadomymi beta testerami modeli, które muszą szybko się sprzedać, bo rynek wymaga nowości co 2-3 lata.
Na to nakłada się presja konkurencji, zwłaszcza ze strony chińskich producentów, którzy skutecznie atakują rynek i wymuszają jeszcze szybsze tempo wprowadzania nowych modeli.
Ale i my, klienci, mamy w tym swój udział. Presja na producentów, by co chwilę wypuszczali nowości, oczekiwanie „świeżości” i jednocześnie chęć na duże rabaty sprawiają, że auta są projektowane i produkowane w pośpiechu. Koszty opracowania trzeba zwrócić szybciej niż kiedyś — zamiast w 15 lat, w 3.
To trochę jak z turystyką. Po Majorce w maju planowałem wylot na Capri w czerwcu, ale tłumy skutecznie mnie zniechęciły. Ludzie wydają pieniądze na potęgę, więc i producenci i biura podróży uwijają się jak pszczółki, by zarobić. Efekt? Zarówno kupujący auto marki A, jak i turysta korzystający z usług biura B, mogą poczuć frustrację - pierwszy z powodu niedopracowanego auta, drugi z powodu tłoku i chaosu, przypominającego odczucia pasażera komunikacji miejskiej z początku lat 90.
Więc pełna zgoda, to my sobie na to zapracowaliśmy.
.