No dobra, jestem zmierzły, bo cały dzien siedzę w pracy zamiast wylegiwać się po całym tygodniu jak to powinno być. Zawsze w takich sytuacjach - jeśli dotyczy to amerykańskich zegarków - jest szansa, ze spzredawca walczy z wałkiem, a zegarek ma dxwignię pod lunetą. To dobra opcja, bo zegarek jako zepsuty idzie taniej, a wiadomo, ze najpewniej wcale zepsuty nie jest. Tylko do tego trzeba wiedzieć, że dana wersja miała dźwignię. Sam pamiętam, jak dałem do pzreglądu Elgina i zegarmistrz wydzwaniał za mną, ze coś jest nie tak, bo nie da się godziny ustawić. Zegarek miał wałek montowany w kopercie, a zamek był mało wyrobiony i wałek nie wychodził zbyt łatwo (a zegarmistrz bał się ze coś urwie i wolał nie szarpać ). Takze czasem to sa tego typu awarie. Gorzej jeśli naprawdę mechanzim nastawczy nie działa, bo to może oznaczać koniecznośc sprowadzenia części. A to boli. Ja za same tylko części do mojego Hamiltona zapłaciłem więcej niż wyniosła cena zakupu (same wskazówki to z wysyłką ponad 1/3!!!), a najpewniej na tym się nie skończy, bo może okazać się, że z kupionego trupa tylko włos będzie pasował. I taka to zabawa. Jeśli to prawdziwe arcydzieło kupiona za jakieś grosze (bo trzy stówki to w przypadku 950-tki kwota symboliczna*), to mozna się bawić. Jeśli to pospolity mechanizm, z reguły koszty naprawy i części przekraczają jego realną wartość * biorąc pod uwagę, że historia aukcji internetowych chyba nie odnotowała jeszcze sprzedaży Hamiltona 950 za kwotę dwucyfrową (w USD oczywiście), mogę mówić o bardzo udanych łowach i, co też ważne, sporo jeszcze dopłacic do remontu, a mimo to na tym nie stracić