Teraz sobie właśnie wysłuchałem całej płyty. "High Hopes" jest jej pięknym finałem. Ale z całym albumem mam od lat pewien - nie wiem, czy to będzie dobre słowo - problem. To bardzo harmonijna, spójna rzecz, pięknie płynie, ale aż do "High Hopes" brakuje mi tu czegoś: jakiejś nieprzewidywalności, kontrapunktu, swoistej soli, by odwołać się do kulinarnej metaforyki. Dawał to zawsze Waters jakąś pokrętną linią wokalu, niepokojącą melodią, aranżacją. Tu tego dla mnie nie ma. I dlatego nie stałem się nigdy (jeszcze?) fanem "The Division Bell" ("A Momentary Lapse of Reason" zresztą też nie).
A dodam coś na dziś - pamiętam, że jak pierwszy raz oglądałem film (w styczniu lub lutym 2004), to w zestawieniu z kilkoma sekundami efektu migoczącej taśmy i następującymi po nim planszami napisów końcowych aż dreszcz poczułem Nikt inny nie potrafi moim zdaniem tak sugestywnie zgrać obrazu, znaczeń i muzyki jak Scorsese.