Przeczytałem "Zająca z Patagonii" Claude'a Lanzmanna. Było kilka miażdżących recenzji tej książki, ja jednak na pewno nie żałuję lektury. Faktycznie jednak, megalomania autora miejscami aż się wylewa z tych wspomnień. A gdy mowa o Polsce to wiadomo: antysemityzm i prymitywizm lub cwaniactwo (zabawny wątek z Lwem Rywinem). Strasznie wkurza jego ignorancja wobec Polski. Gdy wspomina o oporze wobec Hitlera, to przywołuje Sophie Scholl i jej brata, gdy mówi o żołnierskiej ofierze na frontach II wojny - mówi tylko o Australijczykach, gdy pisze o ofiarach politycznych represji - wymienia wszystkie nacje świata oprócz Polaków, a gdy pisze o Bitwie o Anglię - ani słowa o polskich lotnikach. Gdzieś tam wspomina - dosłownie - o kilku dobrych polskich zakonnicach, które uratowały paru Żydów. Oczywiście, nie ma obowiązku powoływania się na polskie doświadczenie, jednakże cały czas stara się utrzymać czytelnika w przekonaniu o swej własnej erudycji i rozległej wiedzy o losach współczesnego świata. Ale jednak czyta się tę książkę świetnie, jako subiektywną kronikę pewnej epoki i grupy społecznej - lewicowych, aktywnych artystycznie i politycznie intelektualistów. Uderza to, jak istotna jest sieć znajomości i powiązań tzw. elit. Co chwilę Lanzmann wspomina kogoś, kto po latach został jakimś ważniakiem. Mnóstwo jest o Sartrze, wspomina trzy razy też Malraux, z którym oczywiście politycznie było mu nie po drodze, ale którego ceni jako pisarza. Typowa jest też fascynacja Izraelem, o którym potrafi pisać naprawdę barwnie. Oczywiście - rozgrzesza izraelską przemoc, z radością pisze o prowokacyjnych przelotach nad Bejrutem. Opisu lotniczych doświadczeń nie powstydziłby się jednak żaden dobry pisarz z kręgu literatury wojennej czy przygodowej. Zabawne są fragmenty o wpadkach Lanzmanna jako podróżnika (wspinaczki bez przygotowania i sprzętu, zawsze kończące się w szpitalach). Jest też nawet wyjście ze sklepu przez zamknięte szklane drzwi, poważnie. I całkiem fajny romans w Korei Północnej - choć ile w tym prawdy, trudno orzec. Najciekawsze są jednak kulisy powstawania "Shoah", gdzie oczywiście Lanzmann jest w typowy dla siebie sposób butny i nieobiektywny, ale jednak odsłania mnóstwo pasjonujących niuansów swej pracy nad tym, trzeba to przyznać, wyjątkowym filmem. W sumie więc - specyficzna lektura, ale jednak godna uwagi.