Żeby temat nie przycichł znów na rok, dziś kino polskie, ale tylko kilka tych najbardziej ulubionych i oczywistych rzeczy. - "Człowiek z marmuru", wiele scen, najłatwiej mi dać dynamiczną ekspozycję i świetną czołówkę:
- "Barwy ochronne" - jak wyżej, ale wybieram tekst docenta: "To przecież tacy sami konformiści jak, nie przymierzając, ja czy pan". - "Wodzirej" - rozmowa Lutka z dyrektorem "Estrady", granym przez Alfreda Freudenheima, o lojalności, mniej więcej: - Ale ja muszę być lojalny… - Wobec kogo? W ogóle, bardzo lubię Freudenheima w filmach. Gdy gra dobrze ("Wodzirej", "Piłkarski poker"), ale też wtedy, gdy jego ograniczone możliwości aktorskie (to przecież był aktor niezawodowy) wyraźnie widać ("Rekord świata" albo "Przepraszam czy tu biją", gdzie jednak wszyscy grają źle i to jest fajne). Z „Wodzireja” bardzo lubię jeszcze: „Państwo wszyscy do pana prezesa, czy ktoś jeszcze do mnie?”. - "Psy" - trudno wybrać jedną czy dwie, ale jeśli już, to wynurzenia Stopczyka o komisji budowlanej i fakturach oraz, oczywiście, śmietnisko i tyrada Ola o polityce i dzienniku telewizyjnym. - "Wesele" Smarzowskiego - kwintesencją traumy w tym filmie są dla mnie życzenia mówione do kamery: "Żeby całe wasze życie było tak piękne, jak ta noc".