Przypomniałem sobie "Łowcę androidów" (mam wersję bodajże z 1992 roku). Imponuje spójność wizji (na szczęście chyba nietrafionej, choć kilka lat jeszcze niby zostało...) przyszłości i sposób jej oddania. Sam film trochę potwierdza tezę, że klasyka sf musi nieco poprzynudzać, ale na koniec daje dużo satysfakcji. Nigdy nie uważałem Harrisona Forda za jakiegoś szczególnie dobrego aktora, ale tu jego enigmatyczność dobrze pasowała. Choć i tak show kradnie zawsze Leon Kowalski, stereotypowy polonus z USA w wersji cyborg: Widziałem też "El Clan" - dobre kino o pokręconej historii Argentyny z perspektywy bandyckiej rodzinki. Oraz "Kontrakt rysownika" - ogląda się (i słucha!) rewelacyjnie, choć żeby zrozumieć fabularne niuanse i luki, trzeba po obejrzeniu filmu trochę poczytać, poszukać, pomyśleć. No to jeszcze link, który wkleiłem też do tematu muzycznego: