Mam taką pół-żartobliwą teorię, dlaczego w zegarkowym świecie tak łatwo wpaść w wieczne „gonienie króliczka”.
Otóż wydaje mi się, że zegarek jest luksusem, który mózg bardzo sprytnie oswaja. Bo jest mały. Dosłownie.
Jacht jest wielki. Pałac jest wielki. Nawet sportowe auto jest duże i krzyczy: „to już inna liga”. A zegarek? Zegarek mieści się w dłoni. Leży na nadgarstku. Da się go schować pod mankietem. Wygląda niegroźnie.
I wtedy w głowie pojawia się myśl: „No przecież to tylko zegarek. Mały przedmiot. Jakoś to się spina”. Chociaż w rzeczywistości, większość z nas, przyznajmy, ma "budżety" często dalekie zdroworozsądkowo od dokonywanych zakupów...
Obiektywnie rzecz biorąc, mówimy o pieniądzach, za które można by zrobić naprawdę dużo rzeczy kompletnie nie-zegarkowych.
I chyba dlatego tak łatwo przechodzi się kolejne etapy: trochę droższy, trochę lepszy, trochę bardziej „ten właściwy”. Każdy krok osobno wydaje się rozsądny, bo przecież to nadal tylko… zegarek. Mały luksus. Skondensowany.
Jachtu raczej nikt nie kupuje „na próbę”, ale zegarek jak najbardziej. A potem jeszcze jeden. I jeszcze „ostatni na długo”. I w końcu ten "na dożywocie". I na jeszcze jedno i jeszcze jedno dożywocie...
Taka luźna obserwacja z kategorii: niby żart, ale coś w tym chyba jest....