Dzisiaj 75 lat kończy Phil Collins. Kiedy przejmował pałeczkę w Genesis, fani Petera Gabriela często demonstrowali oburzenie. Dosłownie każdy poznany przeze mnie muzyczny snob (w najgorszym rozumieniu tego słowa) słuchający (realnie lub przynajmniej deklaratywnie) Genesis, z pogardą wyrażał się o okresie zespołu po odejściu Gabriela. Oczywiście są i tacy fani zespołu, którzy po prostu wolą ten okres, zachowując przy tym zdrowy rozsądek i nikogo bezsensownie nie deprecjonując.
Dla mnie, Phil Collins i JEGO Genesis to zjawiska po prostu ikoniczne. Z czysto egoistycznych przyczyn. Są wśród nich takie, jak schyłek PRL (kiedy osiągałem formalną dorosłość), atmosfera lat 1980-tych, filmowe wyciskacze łez obecnie ukochane przez fanów retro-synth-pop, etc. Kiedy ktoś rzuci: „lata 80-te”, od razu mam przed oczami/w uszach „Every Breath You Take”, Stinga, a zaraz potem Phila Collinsa.
Phil Collins to astrofizyczny paradoks. Jest jednocześnie całkowitym potwierdzeniem i zaprzeczeniem coraz popularniejszego redpilla i tzw. hipergamii. Czasami się zastanawiam, czy gdyby miał 190 cm wzrostu zamiast swoich 168, w ogóle mielibyśmy szansę usłyszenia absolutnych perełek sentymentalnego popu takich, jak „Against All Odds”, „In The Air Tonight”, „One More Night” i wielu, wielu innych, które popełnił…
Podobno w tej chwili z Philem nie dzieje się za dobrze. Mimo fortuny i sławy, facet swoje odcierpiał w życiu, co musiało odbić się również na zdrowiu. No 75 lat to już dosyć poważny wiek. Ale, z drugiej strony, przeczytałem, że nie wyklucza jeszcze powrotu do studia. Oby wytrzymał w znośnym zdrowiu, jak najdłużej i może jeszcze zachwycił kiedyś jakimś „sercołamaczem”…