Takie egzystencjalne pytanie, z cyklu "problemy pierwszego świata". Mój Simajster 300m na 2500D, przez miesiąc od zakupu chodził perfekcyjnie, robiąc jakieś +1,2s/dobę. Mimo, że przez ten czas nie wbijałem nim gwoździ, ani eksponowałem na silne pole magnetyczne, to jakoś tak od ponad tygodnia robi mniej więcej -7s/dobę. Nie przeszkadzałoby mi, gdyby robił nawet i +10 sekund, ale tego późnienia to jakoś nie mogę przeboleć. Nosz denerwuje mnie to i już . Spieszący zegarek można po prostu na chwilę zatrzymać i puścić z powrotem na chód, a tutaj to wskazówkami trzeba kręcić! Skandal, mezalians i dyliżans! . A na poważnie, to sobie o tym trochę czytałem i wychodzi, że z jednej strony, zegarki automatyczne potrafią się "docierać" nawet i pół roku, ale z kolei pojawiają się głosy, że wówczas mają raczej tendencję do zwalniania. Plus jest taki, że zegarek cały czas robi te -7 sekund, bez względu na to, czy śpi na boczku, brzuszku, czy plecykach. Wygląda na to, że jest precyzyjny. No to teraz pytanie - brać go od razu na regulację, póki jeszcze mam kontakt z cywilizacją, czy ustawić go po prostu na minutę do przodu i obserwować przez następne kilka miesięcy? Bo specjalnie mi się z tym nie spieszy i raczej nie dostanę padaczki, jeśli co tydzień będę go poprawiał o 1 min. Jeśli są jakieś nadzieje na poprawę, to mogę go zanieść na gwarancji i za rok.