Po tym jak w mojej szkatułce zagościły opisywane już przeze mnie w tym dziale Glycine Airman GL0166 „Cappuccino” i Stowa Flieger 6498 Bronze Vintage uznałem, że ta para to wystarczająca reprezentacja mojej kolekcji w dziedzinie czasomierzy z kopertami wykonanymi z brązu. Ale niedawno trafiłem na ofertę, która zmieniła moją optykę patrzenia na tę kwestię i do wspomnianej pary dołączyła nowa koleżanka - też z logo Glycine, ale tym w nowszej wersji niż na odrobinę starszym Airmanie.
Na pewno nie można powiedzieć, że Glycine GL0287 to zegarek nudny czy pospolity. Postaram się go nieco przybliżyć.
Tarcza
Zdecydowanie największy wyróżnik tego zegarka. Krwawoczerwona, ze szlifem słonecznym wywołującym rewelacyjne efekty przy różnorodnym świetle jakie na nią rzucimy. Może wydawać się gładka, ale może też mienić się rewelacyjnymi gradientami przy bardziej kierunkowym oświetleniu. Z czerwienią współgrają złocone elementy - wskazówki, trójkąty i sporej wielkości cyfry na indeksach godzinowych oraz logo Glycine w postaci złotej obwódki bez wypełnienia. Wskazówki są listkowate i smukłe. Sekundnik jest prosty, ale ozdobiony niewielkim kółeczkiem na końcu.
Do tego malowane białe elementy - kreski w miejscu indeksów minutowych, nazwa producenta pod wspomnianym złotym logotypem, oznaczenie rodziny Combat i dodatkowe indeksy 24-godzinowe oraz dyskretna obwódka okna datownika na godzinie 3. Sam datownik ma białe tło i czarne cyfry.
Tych dodatkowych indeksów 24-godzinnych mogłoby w sumie nie być. Tarcza byłaby wtedy moim zdaniem jeszcze bardziej czysta i przez to atrakcyjniejsza.
Koperta
Wykonana ze stopu cyny i miedzi CuSn8, ma 43 mm średnicy i grubość 10.9 mm. Zgrabne, niezbyt długie uszy mają rozstaw 20 mm. Solidna koronka z głębokimi żłobieniami, sygnowana logotypem Glycine, jest osłonięta typowymi dla serii Combat wypustkami. Koperta ma ciekawe fazowania, co może nie jest tak wyraźnie widoczne jak w zegarkach stalowych, gdzie zróżnicowanie szlifów podkreśla każdą krawędź, ale też urozmaica jej kształt. Luneta jest dość wysoka, ale niezbyt szeroka dzięki czemu tarcza zdaje się wypełniać całą powierzchnię zegarka. Szafirowe lekko wypukłe szkło ma potrójną wewnętrzną warstwę antyrefleksyjną. Przeszklony dolny dekiel jest stalowy, dzięki czemu nawet podczas upału nadgarstek nie powinien zzielenieć 😉
Pewien niedosyt pozostawia wodoszczelność - jest to tylko 50 m.
Kiedy kupiłem zegarek miał on już lekką patynę. Jednak w odróżnieniu od poprzednich moich „brąziaków” tego postanowiłem odświeżyć i obserwować proces powstawania patyny od początku. Niestety przy niewielkiej wodoszczelności nie mogłem zrobić tego w najprostszy sposób zanurzając zegarek w uwodnionej mieszaninie sody i kwasku cytrynowego. Robiłem to dość mozolnie poprzez czyszczenie koperty takim specyfikiem, ale bez zanurzania. Na razie jak widać dość mocno się błyszczy, ale cierpliwie czekam. Chciałbym żeby patyna siadła równomiernie tak jak w przypadku Airmana. Taka podoba mi się najbardziej.
Mechanizm
Sercem tego zegarka jest automat oznaczany przez Glycine symbolem GL224, czyli w zależności od serii produkcyjnej może to być ETA 2824-2 lub Selitta SW200-1, oba z 38 godzinami rezerwy chodu. W moim egzemplarzu jest to akurat ten drugi mechanizm, z czego bardzo się cieszę, bo w brązowym Airmanie też mam Selittę.
Mechanizm nie ma szczególnych zdobień, na rotorze wygrawerowano oznaczenie mechanizmu wg. Glycine, ilość kamieni oraz dwukrotnie powtórzoną nazwę producenta.
Pasek
Oryginalny pasek według mnie nie zasługiwał na uwagę. Był solidnie wykonany i dość gruby, ale bardzo nie podobał mi się jego ciemnobrunatny kolor niepasujący do całości. Dlatego od razu wymieniłem go na pasek z rdzawobrązowej skóry z miedzianym przeszyciem, mistrzowsko wykonany przez naszego forumowego kolegę Przemka Pipałę (@Pepcioza). Zostawiłem natomiast oryginalną klamrę, bo ta jest po prostu rewelacyjna. Dość masywna, z pięknym kształtem i zróżnicowanymi płaszczyznami i z wygrawerowanym napisem GLYCINE.
To tyle. Pooglądajcie zdjęcia i napiszcie co myślicie o tej „krwawej glicerynie” 🙂
A jeśli wszystko dobrze pójdzie, to na przełomie stycznia i lutego pojawi się moja recenzja dość szczególnego zegarka z kompletnie innej bajki. Stej tiuned jak mawia młodzież 😛