Ten jak zwykle z grubej rury. Ja kilka dni temu uderzyłem do T&B, żeby przewąchać kilka zapachów z listy. Bardzo liczyłem na Memoir od Amouage, a strasznie mnie rozczarował. Jakiś taki słodkawy, z lekka mdły i dziwnie wodnisty. Dużo ciekawszy wydał mi się bardziej treściwy wariant damski, gdzie dochodzą jeszcze chyba jakieś kwiaty, ale żona jest na nie. Liczyłem też na Brackena, ale jednak u mnie nie zagości. W pierwszej chwili wydał mi się jak Zino na konkretnych sterydach, później odrzucał i dopiero w głębszej bazie podobał mi się jako tako. Kompletnie zachwycił mnie jednak Jovoy La Liturgie des Heures. Czytywałem o różnych zapachach i ich podobieństwach do kościelnego kadzidła, kilka udało mi się nawet powąchać i jednak nie czułem tego kościoła. Ale tu? Wieczorna zimowa msza w małym kościele jak malowana. Wow! Drugi Jovoy, czyli Private Label, też miał moc. Nie cacka sie, tylko klepie w pysk żywicami, ostrą paczulą, drewnem i ziołowością. Coś jakby wziąć oba ciemne Encre Noire, zmieszać, podkręcić w nich wszystko kilkukrotnie i dodać kilka kilo zadziorności. Muszę jeszcze gdzieś ustrzelić Psychedelique. Jovoy wylądują na półce na bank, ale raczej nie we flakonach, bo przez kilkadziesiąt lat bym ich nie zużył.