Cytuję fragment artykułu „Alfabet Igrzysk” z GW o prezesie PKOL:
Frontmanem reprezentacji Polski był bez wątpienia Radosław Piesiewicz. Po Andrzeju Kraśnickim, prezesie PKOl tak przezroczystym, że właściwie niewidzialnym, nastał prezes zasłaniający słońce. Przed igrzyskami wdzięczył się na plakatach między gwiazdami sportu, w Paryżu pierwszy biegał do obściskiwania – nielicznych – polskich medalistów, na cały regulator ryczał też do uszu koszykarza 3x3, którego na publicznym placu pouczał, jak ma grać.
(…)
Królewska siedziba Radosława Piesiewicza, czyli Dom Polski. Szef PKOl w Paryżu jest niczym Stanisław Leszczyński w Luwrze, pardon my French. Prezes usilnie chce przekonać, że jako szef PKOl może podążyć drogą Aleksandra Kwaśniewskiego, byłego szefa PKOl, i zostać potem prezydentem RP, sportowe pastelowe wdzianka na pozornym luzie sugerują, że chciałby upodobnić się też do prezydenta Andrzeja Dudy. Pytaliśmy o to, ale wymigiwał się od odpowiedzi. Autentyczny kibic koszykówki (no i prezes!), co to opier...li, poklepie, ryknie.