Hmmm... kiedyś eksperymentowałem z kawą, różnymi metodami parzenia itp. Teraz doszedłem do etapu, w którym mam swój set kawowy, osiągnąłem tyle że więcej nie jest mi potrzebne i cieszę się tym na codzień. Rano french press + mleko, bo mój żołądek wybitnie nie lubi porannego espresso. W ciągu dnia kilka espresso. Ulubiona kawa to czerwony TomCaffe. Przerobiłem w swoim życiu sporo różnych kaw, ale jakoś ta najbardziej mi przypasowała bo jest dobrze wyważona i łatwa w parzeniu. Oczywiście nie pogardzę innymi poza domem, ale w domu zawsze ta.
Wyszedłem z założenia, że nie chce mi się już eksperymentować z każdorazową regulacją młyna, stopniem ubicia, długością ekstrakcji... nieudane shoty, wieczne korygowanie ustawień, bleee, to nie dla mnie. Chcę zasypać kawę do hoppera, wiedzieć ile i jak ubić, ~25 sekund i gotowe. Raz na jakiś czas minimalna korekta na młynie, bo przy nowej dostawie ziarno może minimalnie inaczej reagować, ale praktycznie 100/100 gwarantowany tygrysek. Wiadomo, nie samym tygryskiem kawa stoi, ale to już drobiazgi które koryguję w mig, bo znam sprzęt i kawę i wiem, co i kiedy zrobić.
Wbrew teorii, nie kieruję się dokładnym ważeniem dozy, nie trzymam się równo 25 sekund ekstrakcji itp. Nie mam takiego sprzętu. Pompa wibracyjna i mały bojlerek nie da takiej powtarzalności, żeby można było bawić się w aptekarza, a warunków na wielką maszynę w maleńkiej kuchence w bloku nie mam. Osiągnąłem poziom zadowalający i na dzień dzisiejszy więcej nie potrzebuję. Niezły Mazzer, znośne La Pavoni, fajna kawa i można żyć.