Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

McIntosh

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    224
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez McIntosh

  1. Dokładnie tak. Poligrafia ma znaczenie, bo w przeciwnym razie po co kupować nośnik skoro można muzyki słuchać z plików. Też czasami sięgam po wydania europejskie, które bywają ciekawsze od wersji japońskich. Przykład? Płyta Paradise Lost "Medusa" wydana jako digibook. Albo nasz Riverside - japońskie wydania to jewel case, a w naszym kraju można kupić wydania w formie książkowej, co wygląda świetnie. Niestety ostatnia płyta studyjna jest trochę sknocona w sensie masteringu. Brakuje mi otwartości w górze. Talerze perkusyjne są stłumione w stopniu trudnym do przyjęcia. Jestem zaskoczony, że Mariusz Duda to zaakceptował.
  2. A tymczasem u mnie dzieło sztuki ekstremalnego "wiosłowania". Zdecydowanie moja ulubiona płyta 2025 roku w kategorii metal.
  3. Kluczowy jest tu bardziej remaster niż sam nośnik. Nie wiem czy Japończycy zamieszali coś po swojemu, bo nie porównywałem tych płyt ze standardowymi CD. Wybrałem wersje SHM-CD Mini LP ze względu na poligrafię. Te płyty nawiązują do winyli, a mnie to pasuje. Japończycy mają w tej kwestii super podejście. Na przykład "Sticky Fingers" zawiera autentyczny suwak, a płyta jest wkładana w rękaw od góry, jak w brytyjskim first pressie. Z kolei L.A. Woman ma autentyczne okienko z nadrukiem przedstawiającym zespół The Doors, wewnętrzny insert jest żółty, a rogi okładki zaokrąglone. Led Zeppelin "III" ma autentyczne okienka w okładce i wsuwany dysk zawierający grafikę czyli również jak w pierwszym wydaniu płyty analogowej. I tak można by dalej wymieniać. Ja na zakupy płyt patrzę, jak kolekcjoner i szukam najciekawszych wydań. Muzyka to oczywiście podstawa, ale poligrafia też musi się zgadzać. To samo mam z winylami z tym że tu przywiązuję wagę do limitacji i do wyglądu samej płyty analogowej. Winyl w kolorze czarnym mnie nie kręci dlatego szukam wydań z polichlorkiem winylu bez barwnika i albo wybieram całkowicie przezroczystą płytę albo taką z grafiką typu splatter. Wracając do japońskich wydań na kompaktach, to może zachęci Cię więcej utworów w porównaniu do standardowych wersji. Japończycy często dorzucając bonusy, których europejskie czy amerykańskie wydania nie mają.
  4. Jakiś czas temu Japończycy powrócili do dyskografii King Crimson i wydali wszystko w wersji mini LP na SHM-CD. Jest więc okazja do zgromadzenia pięknej kolekcji z bonusowymi kawałkami w okładkach wzorowanych na płytach winylowych. Tymczasem u mnie teraz Helloween. Świetna płyta godnie nawiązująca do Keeperów. Polecam. 👍
  5. U mnie teraz podróż do czasów szkolnych za sprawą grupy Vader.
  6. McIntosh

    Jazz i okolice

    Trzeba zrozumieć kontekst tej wypowiedzi. Poczytaj o segregacji rasowej w USA, a może znajdziesz zrozumienie. To były potworne czasy. Jeżeli lubisz oglądać filmy, to polecam Ci też do obejrzenia "Czas zabijania" i "Klub dyskusyjny".
  7. McIntosh

    Jazz i okolice

    Jakoś Billa Evansa nie udusił. Nie udusił też Michała Urbaniaka oraz Mike'a Sterna. Miles Davis celebrytą? Serio?
  8. McIntosh

    Jazz i okolice

    Wiem o tym, ale pisałem jak zapamiętałem ten film, który widziałem wiele lat temu. Miles miał prawo być wkurzony, bo część swojego życia przeżył w czasach segregacji rasowej, a większą część po prostu w czasach rasizmu. Wiedzę o stylu życia jazzmanów zaczerpnąłem między innymi z Autobiografii Milesa. Może wrócę do tej książki w święta, bo jest świetna.
  9. McIntosh

    Jazz i okolice

    Monk to taki trochę misiek przy fortepianie. Wygląda, jakby grał nieporadnie, ale ja lubię niektóre jego płyty. Szczególnie lubię "Monk's Dream". A co do relacji Coltrane - Davis, to o ich znajomości można by napisać książkę. Z jednej strony Davis cenił Coltrane'a za technikę i ogólną wrażliwość muzyczną, a z drugiej, czasem miał go serdecznie dość. Przede wszystkim wielki Mistrz Coltrane nie miał litości dla Billa Evansa, któremu obrywało się za kolor skóry. Bill był więc częstowany tekstami rasistowskimi, a ostatecznie doszło do tego, że Coltrane nie chciał z nim w ogóle grać. Poza tym, John Coltrane miał nałogi alkoholowo-narkotykowe, które wykończyły jego wątrobę. Zanim do tego doszło, to zdarzało się, że Coltrane wychodził nawalony na scenę i albo ledwo grał albo w ogóle nie był w stanie grać. Zdarzało się też tak, że nie był w stanie wyjść na scenę. Miles Davis strasznie się na to wściekał, a Dizzy Gillespie dolewał oliwy do ognia mówiąc do Johna teksty w stylu - Dajesz się tak traktować? Rzuć to i graj ze mną. A to jeszcze bardziej wkurzało Milesa. Dobrze, że John w stanie wskazującym na spożycie nie trafił na Mingusa, bo Mingus się nie pierdzielił tylko przechodził do rękoczynów. Kiedyś swojemu koledze z zespołu wybił zęby na scenie, bo nie podobało się jemu jak kolega gra. Ciekawe to były czasy. Dzisiejsi jazzmani to niemalże grzeczne kółko różańcowe w porównaniu do starej gwardii w sensie stylu życia. Co do muzyki, to większość płyt freejazzowych też jest dla mnie nietrudna do przyswojenia, ale z "Free Jazz: A Collective Improvisation" Ornette'a Colemana i z "Ascension" Coltrane'a miałem kłopot, chociaż u Colemana da się wyłapać jakieś linie melodyczne, które nie są improwizacyjną rzeźnią, jak u Coltrane'a. Temat rzeka.
  10. McIntosh

    Jazz i okolice

    Widziałem kiedyś na Netfliksie. Potwierdzam, świetny film. Trochę w konstrukcji przypomina mi film, który widziałem lata temu o gościu, jaki przygotowywał się do egzaminu w konserwatorium muzycznym. Główny bohater jako temat egzaminu wybrał wykonanie bardzo trudnego technicznie koncertu fortepianowego Rachmaninowa. Walczył z tą kompozycją, bo chciał zagrać perfekcyjnie aż w końcu oszalał i wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Później skończył grając na pianinie w jakimś podrzędnym barze. Nie pamiętałem tytułu tego filmu, ale ChatGPT podpowiada, że to „Shine” z 1996 roku. Film został oparty na faktach i opowiada prawdziwą historię Davida Helfgotta - to też podpowiedź z czata, bo film już ledwo pamiętam.
  11. McIntosh

    Hi-Fi stereo

    Nie robiłem takich porównań. HiFiMan odrzuciłem ze względu na kraj pochodzenia. Unikam kupowania chińskich produktów jeżeli tylko mogę. Co do LCD-3 to rozbieżności w opiniach co do tych słuchawek mogą wynikać z ich wysterowania. Jeżeli chcesz wycisnąć z LCD-3 maksimum ich możliwości, to potrzebujesz dedykowanego, konkretnego wzmacniacza słuchawkowego. Co do góry, to faktycznie początkowo można odnieść wrażenie zamulenia i przytemperowania w tym zakresie. Po kilku miesiącach słuchania (niezbyt intensywnego, dwa razy w tygodniu po kilka godzin wystarczy) góra ładnie się otwiera. Poza tym, te słuchawki to trudny zawodnik, bo są wybredne wobec odtwarzanej muzyki. W realizacjach audiofilskich zmiatają dźwiękiem z planszy i wówczas człowiek myśli, na co mi zespoły głośnikowe. Szczególnie w muzyce klasycznej są doskonałe. Orkiestra symfoniczna w ich odtworzeniu to istna petarda. Ale w przypadku gorzej nagranych płyt wywlekają wszystkie niedoskonałości na światło dzienne i trzeba się z tym pogodzić. Tak już mają. Poza tym, to nie są neutralne słuchawki. Manierą brzmienia trochę przypominają Gryphona, bo grają dociążoną średnicą będącą po tej ciemniejszej stronie mocy. Tak więc ogólnie trzeba lubić taki dźwięk, żeby z tym żyć. Z pewnością LCD-3 nie są słuchawkami dla każdego.
  12. McIntosh

    Jazz i okolice

    No niestety. Wielkich świata jazzu coraz mniej na tym łez padole.
  13. McIntosh

    Jazz i okolice

    Michał Urbaniak nie żyje. [*]
  14. McIntosh

    Jazz i okolice

    Jak go odbierasz? Chyba jesteś jego fanem, więc ciekawi mnie Twoja opinia. Dla mnie Coltrane to jeden z nielicznych muzyków jazzowych, którego twórczość stanowiła dla mnie wyzwanie. Konkretnie mam na myśli płytę pt. „Ascension”. Zainspirowana Colemanem była dla mnie trudna do zrozumienia. Potrzebowałem kilku przesłuchań, żeby się w tej muzyce odnaleźć.
  15. McIntosh

    Jazz i okolice

    A no tak. Sprzątam pokój, szybko wziąłem telefon do ręki, źle spojrzałem i tak odpisałem. Sorry, życie. 😉 Znam dużo perełek jazzowych. Pewnie będzie jeszcze okazja, żeby o tym napisać. 👍
  16. McIntosh

    Jazz i okolice

    Mam nadzieję, że nie uraziłem. To po prostu jest kanon w muzyce jazzowej i z dyskografii Coltrane’a trzeba znać „Giant Steps” jeżeli lubisz jazz. Tak samo płytą obowiązkową jest „Blue Train” oraz „A Love Supreme”. No nie można tego nie znać siedząc w świecie jazzu. 🙂
  17. McIntosh

    Jazz i okolice

    Tego nie da się przeoczyć o ile ktoś nie jest początkujący w muzyce jazzowej. 🙂
  18. McIntosh

    Jazz i okolice

    Teraz Polska. Debiut Omasta to jedna z moich ulubionych płyt 2025 roku. Omasta - Cornerstone
  19. A to moi ulubieńcy... Będzie techniczna ro***erducha roku. W 2026 wychodzi ich najnowsza płyta. Tak. Zamówiłem już w preorderze first press w najbardziej restrykcyjnym wydaniu (limit 200 sztuk). A poniżej kawałek z ostatniej płyty. Jest moc.
  20. McIntosh

    Hi-Fi stereo

    Fajnie, że słuchawki Arya przypadły Ci do gustu. Ciekawe, jak ich dźwięk będzie ewoluował. Moje Audeze w ciągu trzech miesięcy istotnie zmieniły brzmienie w porównaniu do tego, co miałem świeżo po zakupie. Jest lepiej właściwie pod każdym względem i znacznie lepiej w kontekście otwartości góry.
  21. McIntosh

    Hi-Fi stereo

    Problem w dyskusji z Tobą polega na tym, że nie napiszesz jak człowiek tylko od razu ciśniesz adwersarza. Jedna z Twoich ostatnich odpowiedzi do mnie... I po co? Mieliśmy w tym wątku trochę zgrzytów, bo mamy zupełnie inne podejście do sprzętu audio. Ty koncentrujesz się na pomiarach, a ja oceniam sprzęt audio na słuch tzn. albo brzmienie muzyki trafia w mój gust albo nie. Ty z góry dopatrujesz się absurdów w świecie audio, bo przecież "kable nie grają", a ja mówię - sprawdźmy czy zmiana kabli głośnikowych albo sygnałowych coś spowoduje czy nie (oczywiście na słuch). Różne podejścia.
  22. McIntosh

    Muzyka klasyczna

    Mogło być gorzej... Powyżej fragmenty zapisu nutowego etiud transcendentalnych Liszta.
  23. Jest moc. Normalnie Marcin Patrzałek wokalu i Layne Staley gitary. 👍😂 Chociaż nie wiem czy mimo żartu niechcący Layne'a nie obraziłem. 😉
  24. Ilekroć słyszę ten tekst, to kojarzy mi się to z filmem "Obcy" Scotta. 🙂 Tak, ale w sensie tekstów piosenek. No bo w praktyce to wiadomo, że Norwegowie są nie do pobicia. Tam dochodziło do podpaleń kościołów, mordowania ludzi, więc muzycy blackmetalowi doszli w swojej głupocie właściwie do ściany.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.