A dziś "Bitwa o Algier". Jeśli chodzi o wszystko, co związane z filmowym rzemiosłem, to jest to przykład czystego geniuszu. Przede wszystkim montaż i reżyseria, do tego wyborna muzyka Morricone (i ponoć też samego Pontecorvo), świetnie dobrani aktorzy-naturszczycy. No i zawrotne tempo akcji - aż dziw, że tak kiedyś w Europie potrafiono robić kino! Natomiast co do ideologii - cóż, Pontecorvo był zdeklarowanym marksistą. Kiedy na planie "Queimady" Marlon chciał go rozwścieczyć, to machał mu przed nosem "Wall Street Journal" (co nie przeszkodziło mu później powiedzieć, że Gillo był najlepszym reżyserem, z jakim pracował, a pracował też m.in. z Lumetem, Kazanem, Coppolą, Bertoluccim i Pennem). I ideologicznie jest to jednak kino bardzo tendencyjne. Straszliwe zamachy na zwykłych białych Francuzów nigdy np. nie mają zamykających sekwencje ujęć z "żałobną" muzyką Morricone - a tak puentowane są zawsze sceny, w których giną algierscy cywile. I cóż, gdy ja dziś oglądam ten film, to jednak sprzyjam pułkownikowi Mathieu, inteligentnemu lisowi z pola walki, który ma zatrzymać terror wszystkimi dostępnymi metodami. Może dlatego, że perfekcyjnie zrealizowane sceny arabskiego terroru (który w zamierzeniu Pontecorvo miał być jednak usprawiedliwiony walką o słuszną jego zdaniem sprawę) tak dobrze oddają to, co znamy już z całkiem współczesnej perspektywy. Sorry, Gillo. Ale film znać trzeba, tak jak "Queimadę". "Kapo" i "Ogro" jeszcze nie widziałem, ale mam w planach za jakiś czas.