Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Edmund Exley

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    2610
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez Edmund Exley

  1. Wczoraj "Wielki sen" przypomniałem sobie po ładnych kilku latach. Chyba żaden inny noir nie miał tak świetnych dialogów (współscenarzystą był William Faulkner) i aż tylu ładnych dziewczyn - dwie niegrzeczne córki generała, drobna przestępczyni, sprzedawczyni w księgarni, bibliotekarka, kierowca (kierowczyni?) taksówki. Piękności jak na standardy lat 40., ale i z dzisiejszego punktu widzenia pełne uroku. Humphrey musiał sie dobrze bawić kręcąc ten znakomity film. Choć wtedy był już z Lauren Bacall, którą skądinąd też świetnie zagrała.
  2. Moim zdaniem ten Tissot jest w pierwszej czwórce całej Twojej kolekcji A to chyba najfajniejsza z Twoich Delban. Który to rok? U mnie też dziś retro, ale po polsku:
  3. Moim zdaniem to zdecydowanie najlepsza płyta w całej karierze Santany: Genialna muzyka.
  4. Dzięki. Wcześniej jednak przymierzałem inne wersje kolorystyczne (rózne także pod względem kształtu indeksów) i przez pewien czas zdecydowanie skłaniałem się ku czerni. Teraz jednak jestem na tyle zachwycony tym czerwonym odcieniem, że uważam go chyba za najładniejszą wersję.
  5. @sneer Gratulacje! Świetny egzemplarz. A zrobisz wspólne zdjęcie GMT, El Primero i SpeedMastera?
  6. Bartoszu, zaskoczyłeś mnie trochę (choć wiem, że lubisz dobre stare kino). W Polsce ten film jest bardzo słabo znany, a tu proszę - w jednym klubie ma już co najmniej dwóch widzów
  7. @rpiekny, Crimson79 Dzięki! Dziękuję - oczywiście, z LLD nie zrezygnowałem, ale na pewno nie w najbliższym czasie. Dlatego liczę na Twoje kolejne ciekawe zdjęcia. Pozdrawiam!
  8. Wolne przedpołudnie wykorzystałem znakomicie: https://www.youtube.com/watch?v=9B9yJDcLCC8 Kapitalnie poprowadzony kryminał, mnóstwo zabawy i przyjemności w czasie oglądania! Ciekawostką jest, że muzykę skomponował Nino Rota.
  9. @Carlito, moim zdaniem to numer 1 Twojej kolekcji. Wszyscy zamieszczają ładne, udane zdjęcia. To ja się wyłamię i wstawię zabawny odrzut z sesji, jaką zrobiłem na potrzeby recenzji:
  10. Muszę sobie na spokojnie te zdjęcia obejrzeć. Na razie tylko pierwsza reakcja:
  11. Panowie, dziękuję za miłe słowa! Na życzenie: Detali faktycznie sporo, mnie to jednak nie przeszkadza. Może dlatego, że wcześniej miałem zawsze proste zegarki (bo też lubię szlachetną prostotę), a LHC jest inny. A moim zdaniem nie nawiązuje jednak aż na tyle, by to gryzło. Nie ma np. okrągłych i trójkątnych indeksów, wskazówki też zdecydowanie się różnią, bezel ma inaczej zaprojektowaną skalę. Dzięki choć stylistycznie mogłem jeszcze trochę dopracować ten tekst. Nie wiedziałem o tej statystyce - ciekawa sprawa. Poprzednia wersja też długo mi się podobała bardziej, nakładane indeksy przemawiały na jej korzyść. Teraz skłaniam się do bardziej jednorodnej z cyframi arabskimi. Ale może kiedyś sięgnę i po tamtą? Wielokrotnie ją przymierzałem i też uważam za bardzo ładną, choć - o czym piszę w recenzji - troszkę zbyt pogmatwaną. Pozdrawiam!
  12. W weekend obejrzalem "Młodego Frankensteina" Mela Brooksa. Miejscami nierówny, ale jednak wciąż zabawny i niegłupi. Gene Hackman w świetnym epizodzie parodiującym słynną scenę z niewidomym pustelnikiem z "Narzeczonej Frankensteina". Do tego sprawdzona ekipa Brooksa, z Gene'm Wilderem, Cloris Leachmann i Madeline Kahn. W latach 70. Brooks nadawał ton amerykańskiej komedii, później było gorzej, ale i czasy dla amerykańskiego kina stały się gorsze.
  13. Opis wyglądu zegarka trzeba zamknąć mocnym akcentem, jak – nie przymierzając – Zeppelini na „Czwórce”. Mam na myśli przepiękny, pełny dekiel z wygrawerowanym logo Longinesa w wersji bezpośrednio odsyłającej do historii marki i roku 1889. Co ważne, fakt iż stare logo znajduje się na deklu, nie powoduje dysonansu. Nowoczesna stylistyka całości pozostaje spójna. Przy zakładaniu i zdejmowaniu zegarka nie sposób nie zatrzymać jednak na chwilę oczu na czymś tak pięknym: W kwarcowej wersji zegarek wyposażony jest w mechanizm ETA 955.112. Nie ma tu zegarmistrzowskiej poezji, jest za to spora dawka praktyczności. W przypadku kwarcowego mechanizmu solidnej szwajcarskiej firmy nie dziwi fakt, iż w ciągu sześciu tygodni nie zrobił żadnej odchyłki – porównuję czas ze stroną z zegarem atomowym i na razie jest +/- 0 s. Daje to poczucie komfortu – taki bowiem ze mnie dziwak, że czas sprawdzam wyłącznie na… zegarku. I nieważne, że godzinę mam podaną w rogu ekranu komputera, na desce rozdzielczej, wyświetlaczu DVD czy telefonu – godzina sprawdzona na tych urządzeniach się dla mnie nie liczy. Longines daje mi komfort DOKŁADNOŚCI – i mogę w odniesieniu do niego korygować mojego skądinąd też świetnego w swym przedziale cenowym Tissota Visodate’a. Producent deklaruje, iż kwarcowy Longines HydroConquest wyposażony jest we wskaźnik EOL. Gdy bateria będzie słaba, sekundnik zacznie przeskakiwać co 4 sekundy, co będzie sygnałem, że czas na wymianę baterii. Przydatna funkcja. Wodoodporność 300M predestynuje zegarek do głębinowego nurkowania. Ja jednak używam go do mniej ekstremalnych zadań. W pracy świetnie komponuje się ze sportowymi marynarkami i dobrze układa się pod koszulą. W domu natomiast wygodnie nosi się go pod rękawem swetra. To naprawdę świetnie wyprofilowany zegarek. Typowego nurkowego bezela używam natomiast głównie do takich czynności, jak… kontrolowanie czasu na parkingu lub mierzenie jak długo zajmuje mi przejechanie z punktu A do B. I jest to sympatyczna zabawa. Niemal na sam koniec trzeba wspomnieć, iż cena recenzowanego tu HydroConquesta oscyluje w granicach 3000 PLN. Nie jest to w sumie dużo jak na zegarek marki Longines, o tak dobrych parametrach i tak wysokiej jakości wykonania. Trzeba wszakże pamiętać, że mówimy o wersji kwarcowej – na pewno znalazłoby się wielu miłośników zegarków, którzy za nic w świecie nie wydaliby takich pieniędzy na model zasilany baterią. Atuty i słabości kwarcowego Longinesa HydroConquesta podsumować można następująco: Plusy - atrakcyjny i dopracowany wygląd, prawie bez słabych punktów - wysoka jakość wykonania koperty i bransolety - szafirowe szkiełko - zakręcana koronka - wodoszczelność 300M - stopsekunda - szybka zmiana daty - komfortowe wyprofilowanie koperty i uszu oraz wykonanie bransolety - dokładność kwarcowego mechanizmu - magia nazwy i symboli Longines. Wiadomo. Minusy - słaba superluminova - czerwone zakończenie wskazówki sekundnika - wskazówce sekundnika zdarza się nie trafić dokładnie w indeks (jest to nieregularne) - cena kwarcowej wersji może wydawać się zbyt wysoka Co jakiś czas mówi się o „duszy” w zegarkach mechanicznych i „bezduszności” kwarcowych. Przez długie lata przychylałem się tej tezie, mimo iż pobrzmiewa ona trochę patosem. I wciąż sądzę, że zegarek mechaniczny daje poczucie obcowania z bardziej wyrafinowanym zegarmistrzostwem, że bez porównania piękniej wygląda sekundnik płynący od skaczącego. Zrozumiałem jednak, że dla mnie owa „dusza” tkwi w całym zespole cech konkretnego zegarka. A jedną z najistotniejszych spośród nich jest marka – jakkolwiek powierzchownie to brzmi. Gdy spoglądam na cyferblat i widzę logo z klepsydrą i skrzydłami, do którego mam tak wielki sentyment, to czuję, że mam na nadgarstku troszkę zegarkowej magii. Kwarcowej, a jakże. Ale spod znaku Longines. *Proszę wybaczyć rozbicie recenzji na 3 części, chciałem ją jednak zilustrować zdjęciami odpowiedniej jakości.
  14. Na godzinie 3 umieszczony jest datownik otoczony delikatną białą ramką – sprawdzone posunięcie, dzięki któremu okienko z datą nie zaburza proporcji i harmonii tarczy. Jak na „divera” przystało, HydroConquest ma wskazówki masywne i czytelne, częściowo wypełnione substancją luminescencyjną. Wspomniałem już, że sprawuje się ona kiepsko, ale kształt wskazówek i ich kontrastowość względem tarczy pozwalają na w miarę łatwy odczyt także wówczas, gdy jest ciemno, a luma nie chce już świecić. Moim zdaniem w wyglądzie HydroConquesta jest tylko jeden dysonans – czerwone zakończenie skądinąd świetnie ukształtowanej wskazówki sekundnika. Czerwień jednak osłabia jej czytelność i jest dodana trochę na siłę. Zwykle tłumaczy się taki zabieg chęcią usportowienia zegarka, ale tym razem nie było to potrzebne. Inaczej – i lepiej – wygląda to w wersji z mechanizmem automatycznym, gdzie sekundnik zakończony jest wyrazistym, ale dyskretnym czerwonym „grotem strzały”. Do szczegółu tego można się jednak przyzwyczaić. Zakręcana koronka jest sygnowana i obudowana osłoną. Nie odkręcałem jej jak dotąd wiele razy, bodaj dwu- czy trzykrotnie. Bardzo łatwo jest wyczuć odpowiedni sposób zakręcania – wszystko chodzi sprawnie. Trzeba jednak zauważyć, że na dokładne zsynchronizowanie wskazówek sekundowej i minutowej trzeba mieć swoisty „patent”. Gdy ustawi się je bowiem idealnie przed dokręceniem koronki, bardzo prawdopodobne jest delikatne przesunięcie wskazówki minutowej w momencie, gdy koronkę dociskamy. Zauważyłem, że problem najlepiej rozwiązać następująco: - zatrzymać sekundnik na godz. 12, - ustawić wskazówkę minutową tak, jakby było 15 sekund po pełnej minucie (ułatwia to czerwona skala na skraju cyferblatu), - docisnąć i dokręcić koronkę – wskazówka minutowa zrównuje się z indeksem pełnej minuty i tym samym synchronizuje z sekundnikiem. Swoją drogą, w wersji automatycznej, wymagającej zapewne częstszych korekt czasu, może być to nieco uciążliwe. Stalowa bransoleta dokładnie przylega do uszu zegarka. Jest też wykonana na dobrym poziomie – odpowiednio masywna, lecz wygodnie układająca się na nadgarstku. Podwójne zapięcie bezpiecznie chroni przed przypadkowym otwarciem bransolety. Na zapięciu znajdują się ładne szczegóły – precyzyjnie naniesione nazwa i logo Longines:
  15. Jednym z moich największych zegarkowych marzeń było mieć Longinesa. I całkiem niedawno marzenie to dość niespodziewanie się spełniło. W tym przypadku nie mogłem czekać z napisaniem recenzji rok, jak było to z Tissotem Visodate. Myślę jednak, że przez kilka tygodni poznałem mojego Longinesa HydroConquesta na tyle dobrze, by pokusić się o zwięzły opis tego zegarka. Muszę na początku zaznaczyć, że recenzja napisana została przez użytkownika o średnio zaawansowanym poziomie zegarkowej wiedzy i do takich też czytelników jest w dużej mierze adresowana. Stąd też postanowiłem skoncentrować się na zagadnieniach, które brane są pod uwagę w pierwszej kolejności podczas wybierania zegarka przez średniozaawansowanego miłośnika zegarków. Recenzję podzieliłem na podstawowe części: marka i kontekst sentymentalno/historyczny, wygląd, mechanizm i jego dokładność, przeznaczenie oraz zestawienie wad i zalet zegarka. Odkąd w dzieciństwie zetknąłem się po raz pierwszy z zegarkami, oglądając ich zdjęcia w czytanych przez mamę miesięcznikach „Sukces” i „Twój Styl” (przeglądałem je właśnie dla zdjęć zegarków i, oczywiście, pięknych kobiet), stworzyłem sobie własną zegarkową „piramidę prestiżu”. I funkcjonuje ona do dziś. Nie jest za bardzo oryginalna, ani zapewne zbytnio adekwatna, gdyż opiera się głównie na sentymencie i prywatnych upodobaniach. W samej czołówce znajdują się na niej Rolex, Omega, Zenith i Longines. Tę ostatnią markę polubiłem – także dzięki częstej obecności w sportowych transmisjach – w sposób szczególny. HydroConquest kontynuuje piękne tradycje Longinesa w produkcji zegarków przeznaczonych do nurkowania, czyli – no dobrze, uznajmy to zapożyczenie – „diverów”. Najwspanialszym spośród nich był oczywiście nomen omen legendarny model z 1960 roku, którego blask w pełni przypomina jego reedycja, czyli popularny LLD. Warto też jednak wspomnieć choćby o modelach z lat 70., doskonale oddających stylistykę tamtych czasów. Należały do nich m.in. zegarki sygnowane nazwą Record, spośród których część miała na tarczy również logo Longinesa. Innymi słowy – Longines zapisał piękną kartę także pod wodą. HydroConquest dopisuje do niej kolejny zacny rozdział. Estetykę „diverów” zdefiniował jednak Rolex Submariner i niełatwo jest całkowicie zerwać z ustalonym przez ten model kanonem. Pomijając już balansujące na granicy przyzwoitości „inspiracje” w rodzaju Steinharta czy Davosy, warto zauważyć, że nawet szanowane firmy w mniejszym bądź większym stopniu zdawały się wzorować na zegarku, którego tak bardzo lubił Steve McQueen. Recenzowany tu HydroConquest również reprezentuje poniekąd styl wyznaczony przez Submarinera, na szczęście jednak nie gubi przy tym swego własnego charakteru spod znaku Longines. Recenzowana tu wersja Longinesa HydroConquesta ma średnicę 41 mm, wysokość 10,2 mm i jest dość masywna. Przy pierwszym kontakcie trudno nie zwrócić na to uwagi, szybko jednak okazuje się, że zegarek jest doskonale wyprofilowany i bardzo wygodny. Już kilka minut po pierwszym założeniu waga i rozmiar „divera” nie stanowią żadnego problemu, nawet dla osoby, która tak jak ja ma dość szczupły nadgarstek. W moim egzemplarzu uwagę przykuwa od razu czerwony bezel z jasnymi indeksami. Co tu dużo mówić – ten odcień powala! Jednokierunkowy bezel jest bardzo czytelny i daje się obracać bez trudu, acz z przyjemnym oporem. Moletowanie obejmuje 2/3 pierścienia – 1/3 jest gładka. Zadecydowały o tym zapewne względy estetyczne, a nie praktyczne, jednak nie wpływa to zbytnio na łatwość obsługi urządzenia. Szafirowe szkiełko pokryte zostało antyrefleksem – czytelność zegarka jest dzięki temu na znakomitym poziomie. Szkiełko jest płaskie. Ja akurat jestem fanem szkiełek wypukłych, tu jednak takie rozwiązane byłoby zgrzytem i zupełnie nie pasowałoby do nowoczesnej estetyki całości. W centralnej części tarczy znajduje się coś, bez czego urok Longinesów zdaje się być niepełny – herb. Klepsydra objęta skrzydłami Chronosa – brzmi pretensjonalnie, ale jak świetnie sprawdza się na zegarkach! Motyw ten powtórzony został na zapięciu bransolety, a także, o czym w dalszej części, na deklu. Wariant tarczy z indeksami arabskimi uważam za ładniejszy, a na pewno bardziej uporządkowany od popularniejszej wersji HydroConquesta z dużymi cyframi 6, 9 i 12. W drugim wariancie pojawia się bowiem wiele różnych figur geometrycznych (indeksy, ale także skala na bezelu), co w moim odczuciu sprawia wrażenie lekkiego bałaganu. Nie ma w nim ponadto wyodrębnionego indeksu na godzinie 12 (to także mała niedogodność LLD), co może trochę dezorientować. W omawianym tu modelu wszystko jest zaś symetryczne, konsekwentne i czytelne. Indeksy są wypełnione substancją luminescencyjną, lumy jest jednak mniej niż w przypadku większości „nurków”. I wprawdzie po naświetleniu świeci ona ładnym seledynowym blaskiem, to jednak – i tu mamy istotną słabość zegarka – krótko.
  16. @Battrek - to lata 70./80.? Tutejsi znawcy pewnie więcej powiedzą po obejrzeniu zdjęć mechanizmu. @RaValOl - logo zmieniało się następująco: Niekiedy jednak starsze wzory powracały w późniejszych latach.
  17. @Zolo, witamy w klubie gratuluję nowego nabytku, niech się dobrze nosi! To Tissot, więc pewnie tak będzie.
  18. Było kilka planów: Kraków (uliczki i burdel - to chyba odpowiednie słowo), Grand Hotel w Łodzi, studio Wytwórni Filmów Fabularnych i przede wszystkim restauracja "Obecni dum" w Pradze. A film znakomity - wyczucie przeszłości u Majewskiego no i ten niepowtarzalny Wilhelmi!... ja dopiero dziś na początek weekendu coś obejrzałem - to Hammerowska "Gorgona". Słabo znam Hammery, ale film przyjemny, ze słynną Hammerowską trójką: reżyser Fisher, a w obsadzie Lee i Cushing.
  19. Tissot T-Complication Squelette http://www.ablogtowatch.com/hands-on-with-the-tissot-t-complications-squelette/
  20. A ja sobie obejrzałem coś takiego: Producent Val Lewton ma dziś status "kultowego" twórcy. Sam film nieco niezgrabny, ale ma swój urok.
  21. O, a miałem napisać, że na tych klawiszach fajnie wygląda granatowy i czarny moim zdaniem lepsze niż brązowy.
  22. z takim nickiem musisz być w zgodzie z linią naszej kingcrimsonowej partii
  23. @Urwerk, świetny wybór. Gdybym miał jeszcze kiedyś kupić jakiegoś nowego Tissota, to byłby to właśnie ten - choć chyba z czarną tarczą (ale to już kwestia upodobań, bo niebieski też wygląda świetnie). Gratulacje!
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.