ja też miałem kilka udanych seansów. "The Right Stuff" - polski tytuł "Pierwszy krok w kosmos" (trochę gubi ideę oryginalnego). Nie sądziłem, że aż tak mi się spodoba! Epicki, świetnie sfilmowany, a i temat niezmiernie ciekawy - program Merkury, a w tle polityka i kultura lat 50. i 60. W obsadzie mnóstwo nie tyle gwiazd, co aktorów z charakterem, jak Ed Harris, Sam Shepard, Scott Glenn, Lance Henriksen, znalazł się nawet najsłynniejszy Aborygen - David Gulpilil. Może niektóre postacie narysowane grubą kreską, ale astronauci i ich żony - kapitalnie napisani i zagrani. A i twórcy filmu (po seansie było spotkanie) bardzo sympatyczni, można było uścisnąć dłoń i chwilę pogadać. Wyłapałem też na ekranie kilka Speedmasterów. "Sabotaż" Hitchcocka - po 20 latach odkąd widziałem w TV. Świetne kino, z sekwencją zamachu na czele. "Smuga cienia" - też na podstawie Conrada, ale porażka. Niestety, miał być Conradowski duch, wyszła najprawdziwsza nuda. Sam Wajda chyba mówił, że mu zupełnie ten film nie udał się. "Witamy w Nowym Jorku" - snujące się sceny, mętnawe dialogi, bogaty degenerat ciągle sapie w czasie pieprzenia (seks to zbyt eleganckie słowo)... Ale ten Depardieu jest znakomity! W każdej scenie trzyma ten film, wynosząc go ponad przeciętność, obnaża się fizycznie i (chyba?) emocjonalnie. Świetna rola. "Podglądacz" i "Czarny narcyz" Powella i Powella/Pressburgera. Niby zwykły thriller i melodramat, ale jak sfilmowane, tętniące emocjami i napięciem, jakie ujęcia, kolory... "Sierociniec" - hehe, coś rozrywkowego też trzeba obejrzeć w towarzystwie jest tu wszystko to, co powinno być w tego typu filmach. I dobrze.