Yes, płyta "Heaven and Earth". Dopiero niedawno się dowiedziałem, że się ukazała - co już mówi sporo o miejscu Yes na muzycznej mapie świata. Nie będę kopał leżącego. Odnośnie sfery muzycznej powiem tylko, że złapałem się na tym, że parę razy powiedziałem sobie: "O, te trzy sekundy nawet niezłe!" (pierwszy raz chyba w 29. minucie). Niech to wystarczy za komentarz. Ale bardziej boli/drażni sama idea, czy raczej bezideowość tej płyty. Yes bez Andersona to casus "Dwóch i pół" bez Charliego Sheena. Teraz kolejny wokalista-imitator. Płyta wydana w jakiejś włoskiej wytwórni, która jest takim muzycznym domem starców. Do tego okładka - zaraz, zaraz: przcież to Roger Dean! Tak, cyniczna eksploatacja dawnego stylu. Nawet Dean zaczął mnie już drażnić, bo jest nadużywany, i przez to i on sprawia wrażenie coraz bardziej nijakiego. Zaprojektowałem więc inną, bardziej adekwatną okładkę: Zastanawiam się, kiedy był dobry moment dla końca kariery Yes. Narzuca się "Magnification", naprawdę fajna płyta, z pomysłem na brzmienie i kompozycję. Ale może - mimo mej chorej sympatii do "90125", ale i "Dramy", czy uzasadnionej sympatii do "Endless Dream" z "Talk" - dla zespołu, który tak bardzo przynależał muzyczną myślą do pierwszej połowy lat 70., idealnym końcem byłby "Relayer"? Nie była to wielka płyta, ale ładnie kończyłaby karierę Yes. Tylko co chłopacy robiliby przez ostatnie 40 lat?