Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

Edmund Exley

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    2730
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez Edmund Exley

  1. @Stierlitz, dzięki za miłe słowa i... rozbawienie mnie a Ty nie lubisz piłki? @Gregorian, nie znam tego filmu, a Dziędziela bardzo lubię. Jakiś czas temu zupełnie przypadkowo miałem okazję zamienić z nim parę słów - fajny gość. @Jakub - ja obok "Soli..." najbardziej lubię "Perłę w koronie" (może nawet bardziej?) i zapomniany nieco "Do góry nogami", z rozdzierającym serce zakończeniem. Bardzo ładny film, co jest tym ciekawsze, że autor jego scenariusza to dość mroczna postać...
  2. W weekend dwa filmy - stary i nowy. Stary oczywiście lepszy, choć nowy też godny uwagi. "Niepotrzebni mogą odejść" - ulubiony film Polańskiego niezwykła rzecz, zaczyna się jak polityczny dramat sensacyjny, po czym wędruje zupełnie gdzieś indziej. Rewelacyjna muzyka, zdjęcia, napięcie upływających godzin, no i... śnieg! "Grand Budapest Hotel" - no obejrzałem w końcu. W latach 90. okrzyknięto by go pewnie "arcydziełem postmodernizmu", cokolwiek by to miało znaczyć. Fajne odczytanie mitologii lat 30., urocze obrazki (no właśnie - obrazki bardziej niż obrazy), pomysłowość. Pod tym wszystkim jednak trochę pustawo, ale chyba tak miało być. No i fajnie, że F. Murray Abraham znów w elicie
  3. Edmund Exley

    Ulubione sceny filmowe

    Dzięki postaram się w wolnej chwili wrzucić moje ulubione sceny sprzed 1965 roku. A "Doktora" nie widziałem - zapamiętam Twoją rekomendację. William Hurt natomiast bardzo podobał mi się w "Żarze ciała". Jest tam fajna scena, gdy podchodzi do swej kochanki i w dość bezpruderyjny sposób się do niej odzywa, po czym ona się odwraca i okazuje się, że to inna kobieta jest
  4. W galerii na stronie głównej cała kolekcja z Błonia, a i u mnie dziś na ręku - bardzo lubię ten skromny zegarek, nie tylko z powodu osobistego sentymentu i miłych skojarzeń: Muszę tylko rozejrzeć się za jakimś porządnym paskiem.
  5. Edmund Exley

    Ulubione sceny filmowe

    I na koniec ulubiona scena z wczesnego dzieciństwa, do dziś wywołująca u mnie dreszcz: Każdego roku kilka razy sobie tę scenę ogladam
  6. W blasku świec, choć do efektu z "Barry'ego Lyndona" bardzo daleko, niestety:
  7. No tak, chyba najlepiej wyreżyserowany, w obsadzie Claude Rains i Cary Grant... ale i tak wiem, że chodzi Ci o Ingrid...
  8. W minionych dniach fajny cykl sobie zrobiłem: Miłośnikom epoki z czystym sumieniem polecam wszystkie.
  9. Znam, a kojarzy mi się dziś z europejskką piłką: http://zegarkiclub.pl/forum/topic/35239-piłka-nożna-football-soccer-czy-jak-kto-zwał/?p=1349772 A "Harakiri", o którym piszesz w temacie o zegarkach ze szklanego ekranu, to chyba mój ulubiony japoński film wszech czasów. Choć nie znam dobrze tej kinematografii - np. "Straży przybocznej" nie widziałem. No tak, jeśli i na tym polu zawodzi, to faktycznie kiepsko.
  10. O, nawet nie wiedziałem, że to był jego prywatny zegarek. "Ronina" moim zdaniem przeceniasz A jak nie widziałeś "W pełnym słońcu", to gorąco Ci ten film polecam - także z powodów estetycznych.
  11. Wczoraj obejrzałem "W pełnym słońcu" - w scenie gry w pokera pojawia się kieszonkowy zegarek z repetycją minutową: Alain Delon i Maurice Ronet na nadgarstkach też noszą jakieś fajne zegarki, ale w żadnym ujęciu ich dobrze nie widać. Na marginesie warto przypomnieć, że w innym znakomitym filmie - "W kręgu zła" - Delon nosi Cartiera:
  12. nicon, a spodziewałeś się czegoś innego po Ridleyu robiącym fantasy? I obejrzałem. Troszkę się zestarzał, ale ze względu na zdjęcia i przełomowy styl znać trzeba. No i polski wątek, ale niestety - Polka jest ofiarą morderstwa A wczoraj obejrzałem film, który od wielu lat polecał mi mój tata. I miał rację, bo "W pełnym słońcu" to rewelacja! Sama fabuła, zdjęcia, ale i styl świata, w którym akcja się dzieje - fakt, bohaterowie dość zepsuci, ale ten klimat lat 60. powala. Oglądając żałowałem, że nie mam na ręce jakiegoś jakiegoś vintage'wego Conquesta albo Seamastera... Dla klubowych estetów lektura obowiązkowa.
  13. Zgadzam się z Pawłem Czado: http://czado.blox.pl/2015/01/Cristiano-Ronaldo-Ze-co.html#blog Też głosowałbym na Neuera, mimo moich niemieckich antypatii.
  14. Zajrzałem na chrono24, rzeczywiście - ceny wysokie. Charakter tych zegarków wciąż jednak imponuje. A współczesny TAG Heuer, który moim zdaniem nie ma już takiego klimatu, też wydaje mi się nieco przeszacowany, zwłaszcza w kontekście awaryjności. No właśnie, ale dlaczego nie wyglądają?... @dawid82 Piękny Breitling. A umiesz korzystać z suwaka logarytmicznego? Ostatnio u mnie jakby trochę rzadziej, ale wciąż daje dużo radości (tak jak zabawa ze światłem przy amatorskim fotografowaniu):
  15. Aha, no tak, nie pamiętałem dokładnie tej Regatty, a zdjęć nie poszukałem - wydawało mi się, że to był właśnie zegarek. Ale znowu Monza... (koronka do uzupełnienia?) Czyli za jakiś czas Monaco?
  16. @primabaleronie, a nie żałujesz jednak, że pozbyłeś się Regatty (bo dawno nie widziałem?) i Monzy? Mieć cztery TAKIE Heuery, to byłoby coś...
  17. Dość trudno o ładny damski zegarek, ale ten jest piękny!
  18. Fajny, gratulacje! Będziesz nosił na bransolecie, czy planujesz pasek?
  19. @Lincoln Nigdy nie widziałem jeszcze "Sekretów i kłamstw", kiedyś muszę to nadrobić. Za to ostatnio widziałem kilka innych ciekawych filmów - nie każdy satysfakcjonował, ale każdy warto znać. - "Mistrz" w reżyserii P. T. Andersona. To jeden z tych filmów, w których wszystko od początku usiłuje być wielkie, a jednak nic takie ostatecznie nie jest. Choć przyznajmy, że reżyser jest wyjątkowy i na pewno nie raz jeszcze to udowodni. - "Sen o Warszawie" - dokument o Cześku. Solidna robota, fajne archiwalne materiały i dużo o tym, jak jeden z najwybitniejszych polskich artystów był atakowany w PRL, np. przez Kazimierza Rudzkiego czy Marka Piwowskiego (czyli TW "Andrzej Krost"). no i dwa ciekawe filmy o współczesnej religijności: starsze "Lourdes" i nowa "Droga krzyżowa". Ten drugi lepszy - 14 scen równoznacznych z 14 niemal statycznymi ujęciami. Film o religijności przechodzącej w fanatyzm, o wychowaniu, ale i chyba też o prawdziwej transcendencji, a przynajmniej o czymś, czego nie da się wyjaśnić. A dziś o 23:00 na TVP Kultura "Nagie miasto". Kurczę, nigdy nie widziałem, a jutro o 8:30 muszę być w pracy. Ale chyba obejrzę
  20. No tak, ale to ciągle właściwie to samo towarzystwo, co roku/co dwa lata te same pary, jak nie w grupie, to w fazie pucharowej. Wczoraj przypomniałem sobie, jak fajnie bywało, gdy np. Crvena Zvezda eliminowała Bayern w półfinale Pucharu Europy. Nie miała więcej pieniędzy, ale była lepsza! Albo Sparta Praga bijąca Marsylię, CSKA Sofia - Liverpool. Albo gdy o Puchar walczyły w finale ekipy ze Szwecji, Rumunii, Belgii, Szkocji. Teraz nawet Holendrów, Portugalczyków i Francuzów trudno sobie wyobrazić. Prawo Bosmana i rozrost Ligi Mistrzów popsuły moim zdaniem całą zabawę.
  21. Oczywiście, Jacku, "Relayer" ma wiele uroku, a i na późniejszych płytach co jakiś czas pojawiały się świetne rzeczy. "Going for the One" słuchałem rzadko (mimo legendy "Awaken"), "Tormato" niemal w ogóle, częściej "Dramę" (o "90125" już nie będę się powtarzał, ale jakbyś dostał tę płytę od fajowej koleżanki z roku, to też byś lubił ), "Talk" i "Magnification". Ale myślę, że już "Relayer" był płytą troszkę "staroświecką" w momencie wydania, Yes nie umieli dokonywać zwrotów naprzód, jak King Crimson czy Pink Floyd. Tak jak w przypadku ELP odświeżanie stylu oznaczało u nich zwykle banalizację - przynajmniej ja tak to odbieram, jako "obiektywny fan". I sądzę, że tak na dobrą sprawę tylko dwie płyty Yes są bezsprzecznie wielkie - "Fragile" i "Close to the Edge".
  22. Jakubie, dzięki, "Kotkę..." widziałem, "Becketta" nie. Burton bardzo mi się podobał w "Equusie" Sidneya Lumeta - film nie całkiem udany, ale Burton świetny. Też mam parę takich filmów, np. "Bunt na Bounty" z Brando (dziś był znowu w TV). Jak obejrzysz "Exodus" (choć chyba naprawdę nie ma aż tak bardzo po co), to daj znać.
  23. Yes, płyta "Heaven and Earth". Dopiero niedawno się dowiedziałem, że się ukazała - co już mówi sporo o miejscu Yes na muzycznej mapie świata. Nie będę kopał leżącego. Odnośnie sfery muzycznej powiem tylko, że złapałem się na tym, że parę razy powiedziałem sobie: "O, te trzy sekundy nawet niezłe!" (pierwszy raz chyba w 29. minucie). Niech to wystarczy za komentarz. Ale bardziej boli/drażni sama idea, czy raczej bezideowość tej płyty. Yes bez Andersona to casus "Dwóch i pół" bez Charliego Sheena. Teraz kolejny wokalista-imitator. Płyta wydana w jakiejś włoskiej wytwórni, która jest takim muzycznym domem starców. Do tego okładka - zaraz, zaraz: przcież to Roger Dean! Tak, cyniczna eksploatacja dawnego stylu. Nawet Dean zaczął mnie już drażnić, bo jest nadużywany, i przez to i on sprawia wrażenie coraz bardziej nijakiego. Zaprojektowałem więc inną, bardziej adekwatną okładkę: Zastanawiam się, kiedy był dobry moment dla końca kariery Yes. Narzuca się "Magnification", naprawdę fajna płyta, z pomysłem na brzmienie i kompozycję. Ale może - mimo mej chorej sympatii do "90125", ale i "Dramy", czy uzasadnionej sympatii do "Endless Dream" z "Talk" - dla zespołu, który tak bardzo przynależał muzyczną myślą do pierwszej połowy lat 70., idealnym końcem byłby "Relayer"? Nie była to wielka płyta, ale ładnie kończyłaby karierę Yes. Tylko co chłopacy robiliby przez ostatnie 40 lat?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.