Też obejrzałem "Miasto 44". I mimo kilku bardzo poważnych błędów estetycznych, które nieomal niszczą niektóre sceny, ogólne wrażenie - pozytywne. Poruszył mnie ten film, a taki chyba był jego cel. W Polsce wszyscy oczekują chyba "idealnego filmu o Powstaniu", który można by postawić na półce jak swoisty wzór. A taki film... nie powstanie raczej nigdy. "Miasto" to określona wizja, która - mimo potknięć - jednak jest w miarę nieźle i konsekwnetnie prowadzona, z pomysłem - ryzykownym, ale jednak lepiej ryzykować niż pomysłu nie mieć. Minusy: - katastrofa z Niemenem. Kicz sięgnął zenitu, bardzo poważny błąd. Emocje na poziomie etiudy robionej przez licealistę. - chyba jednak ciut za dużo drastyczności, przynajmniej jej wyważenia. Od trzydziestej minuty nie ma już oddechu, a przez to nawet można nieco... zobojętnieć. Czasem mniej znaczy więcej - także jeśli chodzi o tzw. efekty specjalne... - nadużywanie "slow motion". Wygląda efektownie, ale jednak za trzecim, czwartym razem wydaje się już puste i niepotrzebne. Efektowność parę razy przeradza się w efekciarstwo. - zakończenie sceny w kanałach. Bardzo złe. Plusy: - kilka bardzo dobrych scen. Najlepsza to chyba ostatnia scena z udziałem matki i brata głównego bohatera. Ale bronię też sceny z wybuchem czołgu, mimo jej przesady. Zawsze mną ta historia wstrząsała i zawsze ją wyobrażałem sobie jako coś niepojętego. - brak bajek o dobrych Niemcach. I nie zmienia tego przedostatnia scena, akt dobroci (?) na tle stosu martwych ciał. - to jednak film, który może dać dużo dobrego w kwestii pamięci. Ci, którzy będą chcieli wiedzieć więcej, sięgną do źródeł historycznych. Ale film nie ma być ich ilustracją, tylko artystyczną wizją - i ja to przyjmuję od Komasy, mimo wspomnianych słabości. "Kanał" to arcydzieło, które powstało w innych czasach, w innej skali talentu. A dziewczyny akurat mi się podobały, ze świadomością, że na ich obraz wpłynęły współczesne mody narracyjne o Powstaniu. Tym razem się z Tobą nie zgodzę. A co do funduszy - w polskim kinie trzeba szukać pieniędzy u wielu podmiotów. Nie widzę w tym nic złego. Ale zobacz, ile plansz jest czasem przed filmami europejskimi, zwłaszcza, gdy są koprodukcjami. A co do muzyki - zabieg ryzykowny i nie do końca się sprawdził. Choć Marino Marini wypadł nieźle ale wiesz, jestem fanem Kubricka i lubię anachronizmy muzyczne - dodają filmom często takiej energii, choć tu, powtórzę, troszkę przerosło to twórców... Ale - mi się ogólnie podobało.