Też bardzo lubię te filmy. "Wielkie piękno" bardziej, na równi z "Boskim". Bardzo wysoko cenię też "Rękę Boga". Dobry był "O jednego więcej", z wątkiem zainspirowanym Agostino DiBartolomei. "Konsekwencje miłości" nie były złe, ale raczej tak na chłodno. "Wszystkie odloty Cheyenne'a" kompletnie obojętne, właściwie tylko tytułowa piosenka Talking Heads zapada w pamięć (lubię ją od czasu "Wall Street"). "Oni" - za mało seksu Nie oglądałem "Młodego papieża", bo niespecjalnie lubię seriale. Właściwie to w ogóle ich nie oglądam...
Ten tydzień zamykam za to z wynikiem aż trzech filmów, w tym dwa są prawie takie same:
- "Pierwszy gol" - jako komedia piłkarska wypada naprawdę nieźle. Waititi pracuje ponoć nad sequelem, czeka tylko na wynik meczu z Estonią
- "His Girl Friday" ("Dziewczyna Piętaszek") - dla wielu to klasyk, Amerykanie analizują każde przejście montażowe itp. Mnie trochę zmęczył - mówią dużo i szybko, cała akcja właściwie w dwóch pomieszczeniach. Cary Grant taki jak zawsze, oprócz tego dużo dziennikarskiego cynizmu, opakowanego w modną w latach 40. konwencję dialogowej komedii o walce płci z uczuciowym podtekstem. Poprzedni film duetu Hawks/Grant, czyli "Tylko aniołowie mają skrzydła" o wiele, wiele bardziej angażujący. Ale - sztukę będącą podstawą "His Girl Friday" adaptowano w kinie aż 4 razy (dwukrotnie pod oryginalnym tytułem "Strona tytułowa"). A więc kolejny film to...
- "Switching Channels" (polski tytuł zmienia perspektywę - "Za kamerą"). Lata 80., zamiast gazety - telewizja, ale struktura przeniesiona z filmu Hawksa (w oryginale nie ma kobiecej dziennikarki, a więc nie ma wątku uczuciowego - jest więc pole dla Netflixa, by kolejną wersję zrobić zarówno o facetach, jak i o uczuciu ). Jak na lata 80. przystało jest parę trochę topornych gagów w stylu Landisa itp., ale całość naprawdę pozytywnie zaskakuje. Gorący klimat TV o niebo ciekawszy niż w bądź co bądź nudnawej "Telepasji" z tego okresu. Jest znacznie więcej przestrzeni niż w filmie Hawksa. Bardziej pochylono się też na postaci i motywacji skazanego na śmierć (tu Henry Gibson, znany z genialnej roli w "Nashville"), a także wyjaśniono co jest po "skoku z okna". No i Houdini jako kontekst (który przywodzi na myśl... Hannibala Lectera "pożyczającego" długopis). Przede wszystkim zaś: bawiący się ze swoim wizerunkiem Christopher Reeve, świetna Kathleen Turner i - uwaga! - naprawdę dotrzymujący jej kroku Burt Reynolds, idealnie dobrany. I kolejny smaczek - z Burtem znów gra też Ned Beatty Nie jest to może film, który dziś zainteresuje każdego, ale nostalgików lat 80. i kilku gwiazd z poprzedniej dekady - jak najbardziej.