A ja zobaczyłem film, o którym od lat mówiłem, że "muszę go kiedyś wreszcie zobaczyć" - "Ocalić tygrysa" ("Save the Tiger") w reżyserii Johna Avildsena (od "Rocky'ego"), ale znany właściwie tylko i wyłącznie z powodu Oscarowej roli Jacka Lemmona. Był to jeden z dwóch męskich Oscarów pierwszoplanowych z lat 70., których jak dotąd nie widziałem. Zastanawiałem się, jak zagrał Jack, skoro w pokonanym polu zostawił Pacino za "Serpico" i Brando za "Ostatnie tango"? I zagrał bezbłędnie, bo to rola w typie, w którym mało kto mógł z nim rywalizować - starzejący się amerykański everyman w kryzysie osobistym i zawodowym. Kilka takich ról w swojej karierze zagrał po mistrzowsku, a przy tym bez powielania się: "Chiński syndrom", "Więzień piątej alei", czy przede wszystkim najlepsza z nich - "Glengarry Glen Ross", w którym moim zdaniem przyćmił wszystkich (Spacey, Harris, Arkin, Pacino). W "Ocalić tygrysa" Lemmon ma bardzo dobre wsparcie innych aktorów i niezły, choć nieco przeładowany scenariusz (wojenne wspomnienia, nostalgia, seks, biznes, alienacja, mafia, długi etc. - a wszystko w ciągu 24 godzin z życia bohatera), ale to on ciągnie cały film - począwszy od świetnej piętnastominutowej sceny otwierającej. Znakomite są też sceny w kinie, w którym grany jest szwedzki pornos "Dania mówi":
Gdy Lemmon i jego współpracownik wchodzą do kina, ten drugi mówi:
- Byłem tu kiedyś na "Quo Vadis"...
- Ten film jest taki sam, tylko zdjęli togi.
Ogólnie - miłośnikom kina lat 70. polecam z czystym sumieniem.