"Problem trzech ciał" najbardziej uderza mnie nie samymi pomysłami fabularnymi SF (chociaż te są same w sobie fenomenalne), tylko… czasem. Tym prawdziwym, rozciągniętym na stulecia. Czterysta lat do inwazji brzmi jak abstrakcja, dopóki nie dotrze do nas, że to dokładnie ta skala, w której zegarek przestaje być zabawką, a zaczyna być jakąś ideą. Czyli... chyba pasuje do tego wątku.
Ludzkość się będzie miotać, cywilizacje wstaną i się posypią, mody przyjdą i pójdą, a odliczanie i tak leci dalej. I nagle ten mechanizm w stalowej kopercie na nadgarstku nie wygląda już jak fetysz dla garstki maniaków, tylko jak coś zaskakująco na miejscu. Bo ktoś go zaprojektował z myślą, że ma działać dłużej niż jedna chwila, jeden właściciel i - kto to wie - może nawet epoka.