Wiesz, staram się nie oceniać świeżo otwartych flaszek, bo z reguły potrzebują nieco czasu na rozwinięcie skrzydeł. Tym bardziej, że to chyba produkcja z tego roku, a mi kilka dni temu włączyła się alergia na pyłki i cholera wie, w jakim stopniu mnie upośledziło. Natomiast żaden z testowanych dotąd wypustów DHI (choć za każdym razem testowałem chyba tylko tę aktualną formułę, która obowiązuje od kilku lat) nie był na mojej skórze specjalnie głośny. Nawet więcej - powiedzieć, że nie był specjalnie głośny, to nic nie powiedzieć. Natomiast ogólnie mam tak z Diorami, że są na mnie dość trwałe, ale o mocarnej projekcji mogę sobie tylko poczytać w necie.
Tu jest dość podobnie, choć mam wrażenie, że ostatnia odlewka pachniała mi jednak mocniej i zdecydowanie bardziej makeupowo. Irys dość szybko się wycisza, wchodzą jakieś nuty czekoladowe, drewno i lawenda - tego wcześniej nie czułem. A już na pewno nigdy nie poczułem waniliowej bazy, z którą miałem do czynienia dziś rano (po testowym wieczornym półpsiku na nadgarstek przed pójściem do łóżka). To mocno mnie zaskoczyło, bo wcześniej DHI kompletnie znikał zanim w ogóle miał szanse pokazać mi bazę. Prysznic w ciągu godziny od oprysku też niespecjalnie daje radę zmyć zapach ze skóry.
Na spokojnie, poczekam. Dojrzałem już do tego, że pewne zapachy kupuję dla kompozycji, a nie dla - a może raczej pomimo - parametrów. Pierwsze tygodnie z DHP także były dla mnie rozczarowaniem - zapach wybrzmiewał cicho i krótko. Teraz drania ciężko zmyć, a rano wciąż jest obecny na skórze. Choć ani hal przemysłowych, ani czyichkolwiek mieszkań wciąż nim nie wypełniam. Cóż... Dior vs moja skóra.
A gdy trzeba mi irysowego agresora, mam pod ręką VUI.