Obejrzałem dwa ciekawe filmy: - "Na głębinie": kameralny islandzki dramat, który niepostrzeżenie staje się spektakularną opowieścią, nie tracąc przy tym swej skromności. To, co najlepsze w kinie skandynawskim: bohaterowie surowej rzeczywistości ocierają się o coś transcendentnego. - "Witaj w klubie": aktorstwo naprawdę bardzo dobre, montaż momentami bardzo pomysłowy, narracja prowadzona w miarę sprawnie... Tylko że trudno oprzeć się wrażeniu, że widziało się już tę historię kilkadziesiąt razy. Chodzi o sam schemat. Tu temat jest poważny, owszem, ale tak sobie myślę, że ten sam scenariusz po pewnych modyfikacjach mógłby dotyczyć każdej innej historii opartej na konflikcie amerykański indywidualista vs. system. Np.: facet walczy o zbudowanie płotka oddzielającego lokalny plac zabaw od drogi. Burmistrz mówi, że nie pozwala na to konstytucja, rodzice dzieci są przeciwni, bo sami wychowywali się bez płotka i nic nikomu się nie stało, ładna przedszkolanka też jest (do pewnego momentu) przeciwna, bo jest pod presją środowiska. Tylko jeden, chory na astmę chłopiec chciałby mieć płotek. No i, rzecz jasna, ciemnoskóry przyjaciel głównego bohatera. Pewnego dnia jakiś dzieciak wpada pod Dodge'a Rama i połamany ląduje w szpitalu, gdzie jego matka ze łzami w oczach mówi do głównego bohatera: "Musimy mieć ten płotek...". Potem walka w sądzie itd. Oczywiście, totalnie to przerysowałem, ale mam nadzieję, że wiadomo, o co mi chodzi. I w tym właśnie tkwi przewaga lat 70. nad współczesnością w amerykańskim kinie - tam niewiele było oczywiste, dziś - mimo pewnych pozorów - prawie wszystko.