-
Liczba zawartości
2717 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
2
Typ zawartości
Forum
Profile
Galeria
Kalendarz
Blogi
Sklep
Zawartość dodana przez Edmund Exley
-
Jednym z moich największych zegarkowych marzeń było mieć Longinesa. I całkiem niedawno marzenie to dość niespodziewanie się spełniło. W tym przypadku nie mogłem czekać z napisaniem recenzji rok, jak było to z Tissotem Visodate. Myślę jednak, że przez kilka tygodni poznałem mojego Longinesa HydroConquesta na tyle dobrze, by pokusić się o zwięzły opis tego zegarka. Muszę na początku zaznaczyć, że recenzja napisana została przez użytkownika o średnio zaawansowanym poziomie zegarkowej wiedzy i do takich też czytelników jest w dużej mierze adresowana. Stąd też postanowiłem skoncentrować się na zagadnieniach, które brane są pod uwagę w pierwszej kolejności podczas wybierania zegarka przez średniozaawansowanego miłośnika zegarków. Recenzję podzieliłem na podstawowe części: marka i kontekst sentymentalno/historyczny, wygląd, mechanizm i jego dokładność, przeznaczenie oraz zestawienie wad i zalet zegarka. Odkąd w dzieciństwie zetknąłem się po raz pierwszy z zegarkami, oglądając ich zdjęcia w czytanych przez mamę miesięcznikach „Sukces” i „Twój Styl” (przeglądałem je właśnie dla zdjęć zegarków i, oczywiście, pięknych kobiet), stworzyłem sobie własną zegarkową „piramidę prestiżu”. I funkcjonuje ona do dziś. Nie jest za bardzo oryginalna, ani zapewne zbytnio adekwatna, gdyż opiera się głównie na sentymencie i prywatnych upodobaniach. W samej czołówce znajdują się na niej Rolex, Omega, Zenith i Longines. Tę ostatnią markę polubiłem – także dzięki częstej obecności w sportowych transmisjach – w sposób szczególny. HydroConquest kontynuuje piękne tradycje Longinesa w produkcji zegarków przeznaczonych do nurkowania, czyli – no dobrze, uznajmy to zapożyczenie – „diverów”. Najwspanialszym spośród nich był oczywiście nomen omen legendarny model z 1960 roku, którego blask w pełni przypomina jego reedycja, czyli popularny LLD. Warto też jednak wspomnieć choćby o modelach z lat 70., doskonale oddających stylistykę tamtych czasów. Należały do nich m.in. zegarki sygnowane nazwą Record, spośród których część miała na tarczy również logo Longinesa. Innymi słowy – Longines zapisał piękną kartę także pod wodą. HydroConquest dopisuje do niej kolejny zacny rozdział. Estetykę „diverów” zdefiniował jednak Rolex Submariner i niełatwo jest całkowicie zerwać z ustalonym przez ten model kanonem. Pomijając już balansujące na granicy przyzwoitości „inspiracje” w rodzaju Steinharta czy Davosy, warto zauważyć, że nawet szanowane firmy w mniejszym bądź większym stopniu zdawały się wzorować na zegarku, którego tak bardzo lubił Steve McQueen. Recenzowany tu HydroConquest również reprezentuje poniekąd styl wyznaczony przez Submarinera, na szczęście jednak nie gubi przy tym swego własnego charakteru spod znaku Longines. Recenzowana tu wersja Longinesa HydroConquesta ma średnicę 41 mm, wysokość 10,2 mm i jest dość masywna. Przy pierwszym kontakcie trudno nie zwrócić na to uwagi, szybko jednak okazuje się, że zegarek jest doskonale wyprofilowany i bardzo wygodny. Już kilka minut po pierwszym założeniu waga i rozmiar „divera” nie stanowią żadnego problemu, nawet dla osoby, która tak jak ja ma dość szczupły nadgarstek. W moim egzemplarzu uwagę przykuwa od razu czerwony bezel z jasnymi indeksami. Co tu dużo mówić – ten odcień powala! Jednokierunkowy bezel jest bardzo czytelny i daje się obracać bez trudu, acz z przyjemnym oporem. Moletowanie obejmuje 2/3 pierścienia – 1/3 jest gładka. Zadecydowały o tym zapewne względy estetyczne, a nie praktyczne, jednak nie wpływa to zbytnio na łatwość obsługi urządzenia. Szafirowe szkiełko pokryte zostało antyrefleksem – czytelność zegarka jest dzięki temu na znakomitym poziomie. Szkiełko jest płaskie. Ja akurat jestem fanem szkiełek wypukłych, tu jednak takie rozwiązane byłoby zgrzytem i zupełnie nie pasowałoby do nowoczesnej estetyki całości. W centralnej części tarczy znajduje się coś, bez czego urok Longinesów zdaje się być niepełny – herb. Klepsydra objęta skrzydłami Chronosa – brzmi pretensjonalnie, ale jak świetnie sprawdza się na zegarkach! Motyw ten powtórzony został na zapięciu bransolety, a także, o czym w dalszej części, na deklu. Wariant tarczy z indeksami arabskimi uważam za ładniejszy, a na pewno bardziej uporządkowany od popularniejszej wersji HydroConquesta z dużymi cyframi 6, 9 i 12. W drugim wariancie pojawia się bowiem wiele różnych figur geometrycznych (indeksy, ale także skala na bezelu), co w moim odczuciu sprawia wrażenie lekkiego bałaganu. Nie ma w nim ponadto wyodrębnionego indeksu na godzinie 12 (to także mała niedogodność LLD), co może trochę dezorientować. W omawianym tu modelu wszystko jest zaś symetryczne, konsekwentne i czytelne. Indeksy są wypełnione substancją luminescencyjną, lumy jest jednak mniej niż w przypadku większości „nurków”. I wprawdzie po naświetleniu świeci ona ładnym seledynowym blaskiem, to jednak – i tu mamy istotną słabość zegarka – krótko.
-
Klub Miłośników Zegarków Longines
Edmund Exley odpowiedział carlito1 → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
@Battrek - to lata 70./80.? Tutejsi znawcy pewnie więcej powiedzą po obejrzeniu zdjęć mechanizmu. @RaValOl - logo zmieniało się następująco: Niekiedy jednak starsze wzory powracały w późniejszych latach. -
Klub Miłośników Zegarków TISSOT
Edmund Exley odpowiedział temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
@Zolo, witamy w klubie gratuluję nowego nabytku, niech się dobrze nosi! To Tissot, więc pewnie tak będzie. -
Było kilka planów: Kraków (uliczki i burdel - to chyba odpowiednie słowo), Grand Hotel w Łodzi, studio Wytwórni Filmów Fabularnych i przede wszystkim restauracja "Obecni dum" w Pradze. A film znakomity - wyczucie przeszłości u Majewskiego no i ten niepowtarzalny Wilhelmi!... ja dopiero dziś na początek weekendu coś obejrzałem - to Hammerowska "Gorgona". Słabo znam Hammery, ale film przyjemny, ze słynną Hammerowską trójką: reżyser Fisher, a w obsadzie Lee i Cushing.
-
Klub Miłośników Zegarków TISSOT
Edmund Exley odpowiedział temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Tissot T-Complication Squelette http://www.ablogtowatch.com/hands-on-with-the-tissot-t-complications-squelette/ -
A ja sobie obejrzałem coś takiego: Producent Val Lewton ma dziś status "kultowego" twórcy. Sam film nieco niezgrabny, ale ma swój urok.
-
Klub Miłośników Zegarków TISSOT
Edmund Exley odpowiedział temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
O, a miałem napisać, że na tych klawiszach fajnie wygląda granatowy i czarny moim zdaniem lepsze niż brązowy. -
z takim nickiem musisz być w zgodzie z linią naszej kingcrimsonowej partii
-
Klub Miłośników Zegarków TISSOT
Edmund Exley odpowiedział temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
@Urwerk, świetny wybór. Gdybym miał jeszcze kiedyś kupić jakiegoś nowego Tissota, to byłby to właśnie ten - choć chyba z czarną tarczą (ale to już kwestia upodobań, bo niebieski też wygląda świetnie). Gratulacje! -
Hehe tym razem nie oglądałem, ale mam oczywiście na DVD. Pozdrawiam!
-
Piękna kolekcja, choć bi-colory nie w moim guście. A nie myślałeś o jakichś vintage'ach? Np. stary Oyster albo GMT z niebiesko-czerwonym bezelem, albo Submariner jak u Kolegi Irka? @zasadas - świetny ten Zenith.
-
Lata 1973-1974. Moim zdaniem najwspanialszy zespół w historii rocka. Hmmm... właściwie to większy niż rock.
-
Nie znam tego filmu - podobnie jak nie widziałem nigdy "Bitwy o Algier" Pontecorvo. Ale fajnie, Gregorianie, tak ciekawy post przeczytać U mnie też pojawią się Delon i Cardinale, ale po kolei. Od czasu poprzedniej aktywności na forum obejrzałem 4 filmy - i każdy kolejny podobał mi się bardziej, co będzie dość zaskakujące. 1. "Zawodowcy". Od kilku lat zwlekałem z tym filmem, wiedząc, że moi ulubieni aktorzy już długo są bez formy. W dodatku za kamerą Jon Avnet, który odpowiada za najgorszy film w całej karierze Pacino, czyli "88 minut". "Zawodowcy" aż tak horrendalnie źli nie są, choć daleko temu filmowi do dobrego kina. Mylenie tropów jest tu szyte tak grubymi nićmi, że "zaskoczenie" w finale ociera się o pastisz "zaskoczeń w finale". 2. "Lampart". Hoho, arcydzieło, w dodatku adaptacja jednej z moich ulubionych powieści. I film wielki, metrażem, ale i stylem, formą, aktorstwem Lancastera. Ale... nie poruszył mnie jednak tak, jak swego czasu "Portret rodzinny we wnętrzu". Całe lata czekałem na ten seans, może za bardzo się - jak na klubowicza przystało - nakręciłem? Moja ulubiona scena z powieści - pełen erotycznego napięcia spacer po nieużywanych pokojach pałacu - na ekranie wypadła jednak również świetnie. 3. "Old Dark House". Bardzo lubię horrory Universalu z lat 30. Co tu dużo mówić - zabawa na 102, absolutne arcydzieło gatunku. 4. "Żar ciała". Widać, że Lawrence Kasdan, reżyserskie objawienie lat 80., obejrzał wszystkie filmy noir i umiał natchnąć te klimaty własną wizją. I powstał naprawdę znakomity film! Nigdy nie uważałem Kathleen Turner za piękność, ale tu jest naprawdę seksowna - co czyni morderstwo dla niej doskonale wiarygodnym. Lincoln, widziałeś ten film?
-
Właśnie obejrzałem "Żar ciała" - w jednym ujęciu dokładnie widać, że William Hurt nosi nieco sfatygowaną Caravelle:
-
Tak, wspomniałem o tym w moim wpisie, ale też byłem nieprecyzyjny - bo w rzeczywistości to 11 ujęć, czyli 10 cięć.
-
a ja dziś jestem rozczarowany - rzadko zdarza mi się nie wytrwać na filmie, ale po 15 minutach odpuściłem sobie "Głębokie, błękitne morze" tak cenionego w pewnych kręgach Terence'a Daviesa. Trudno w to uwierzyć, ale manieryczność stylu większa niż u jego (prawie) imiennika - Terrence'a Malicka. No więc włączyłem sobie film Hitchcocka, który zawsze unikałem - "Złodzieja w hotelu". I niestety, bardzo źle się zestarzał - ma wszystkie wady rozrywkowego komercyjnego kina swej epoki (sztuczność scenerii, nadmiar dialogu), które w dodatku fatalnie współgrają ze słabościami (np. logicznymi) samego Alfreda (w innych filmach udawało mu się je zazwyczaj maskować). Przegadana, pusta pocztówka z Riwiery... Co ciekawe, bogaty złodziej grany przez Cary'ego Granta mówi, że nie ma porządnego zegarka
-
Primabaleronie, przez pół godziny oglądałem zamieszczone przez Ciebie zdjęcia na flickr.com - mógłbyś sam wydawać zegarkowy kalendarz A tego Longinesa Recorda już nie masz? Może wrzucisz kilka zdjęć do tematu "Klub Longines" jeszcze? @quub - świetna ta Eterna! ja natomiast wrzucam zdjęcie z wtorku - żeby nie było problemu z datą, to tym razem druga strona:
-
Przez tydzień nie widziałem żadnego filmu, za to dziś aż dwa. "Noc łowcy" - jedyny film wyreżyserowany przez wybitnego aktora Charlesa Laughtona. Film ma status "kultowego" - to zawsze zapala lampki ostrzegawcze w głowie. Spodziewałem się trochę innego kina, ale muszę przyznać, że jest w tym filmie wiele ciekawego: atmosfera z baśni, którą można straszyć dzieci, piękne zdjęcia, dobre role Mitchuma i Lillian Gish. Ale widać, że Laughton nie był reżyserem. tym niemniej - warto znać. "Sznur" - tu zaś widać, że reżyser był mistrzem. Hitch to był jeden z ostatnich jego ważnych filmów, których dotąd nie widziałem. A zabawa jest przednia! 80 minut w pozorowanym jednym ujęciu (w rzeczywistości 7 albo 8), Jimmy Stewart, przyjęcie ze zwłokami ukrytymi w samym środku salonu i pętla zaciskająca się wokół morderców. I jeszcze coś - za oknami cały czas Nowy Jork w zmieniającej się wraz z upływem czasu kolorystyce - najpierw oświetlany zachodzącym słońcem, później o zmierzchu, a w końcu w neonowej nocy. No świetny film po prostu.
-
Klub Miłośników Zegarków Longines
Edmund Exley odpowiedział carlito1 → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
I przepiękny dekiel: -
Klub Miłośników Zegarków Longines
Edmund Exley odpowiedział carlito1 → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Chyba dość drobny jest? ja miałem okazję obejrzeć i na chwilę przymierzyć bardzo ładnego starego Conquesta: -
A na chwilę na nadgarstek wskoczył taki:
-
Esencja tego, co w stylistyce epoki było najlepsze... @igory76 Wiadomo, rewelacja. Smaczku dodaje to, że jest bez daty. @ygrene Fajna i dobrze pomyślana ta Twoja kolekcja Archimede. dobry wybór! Niech się nosi co najmniej tak dobrze, jak mój. @sneer I właśnie takie Zenithy - obok El Primero - stanowią o sile Twojej kolekcji. Bo te świecidełkowate to bym sobie odpuścił... A ten - klasa. U mnie dziś bez zmian:
-
Zdjęcie wykonane z myślą o planowanej recenzji:
-
"Gorączkę" uwielbiam jako film, w którym zresztą De Niro też gra bardzo solidnie, ale jednak Vincent Hanna Ala Pacino jest ciekawszy. I chyba zagrany z większą energią i zróżnicowaniem. Podobnie zresztą było - nie wiem, czy Koledzy się zgodzą - w kilku innych filmach, w których De Niro gra świetnie, bezbłednie i w ogóle, ale obok jest ktoś, kto albo ma ciekawszą postać, albo... gra rolę życia. Moim zdaniem to np. filmy, które są wśród moich "najulubieńszych": "Nędzne ulice" i Keitel, "Łowca jeleni" i Walken, "Dawno temu w Ameryce" i Woods, "Chłopcy z ferajny" i Liotta/Pesci/Sorvino. Ale żeby nie było - De Niro jest wielki!
-
@Tomi-Leg - znakomity Breitling!
