"Ćmy barowej" nie widziałem, ale obejrzałem wreszcie inny film, który ma z nim mocne połączenie - to słynny "Paris, Texas" Wima Wendersa. Z Wendersem wiadomo, albo dostaje się coś niezwykłego albo... zupełnie nieudanego. Tych pierwszych jest naprawdę sporo. Czekając na jego najnowszy film (ponoć też bardzo udany!) obejrzałem więc jego najsłynniejszą rzecz. I rzeczywiście, jest w tej nieco dziwacznej historii coś niesamowitego, pięknego i wzruszającego. Tak na dobrą sprawę główni bohaterowie to społeczna patologia, ale jakoś tak poetycko uwznioślona. Nastka jest przecudna, warto czekać na te jej dwa wejścia, najpierw w różowym swetrze (Ed Wood by chętnie ponosił, jeśli pamiętacie film Burtona ), a później czarnym kostiumie. Stanton i Stockwell też bardzo prawdziwi. A nad wszystkim czuwa mistrzowskie oko - i tu dochodzimy do związku z "Ćmą barową" - Robby'ego Mullera. Jezu, to był Mistrz! Każdy jego film, który widziałem, jest niezwykły pod kątem sztuki operatorskiej, nieważne czy czarno-biały czy pulsujący od neonowych kolorów lat 80.
Od dawna mam na uwadze ten film, ale jeszcze jakoś mi się nie udało tych trzech godzin na niego przeznaczyć. Włączyłem się kiedyś na chwilę w środku, gdy na dworcu w Albany umiera jeden z kompanów, ale oczywiście wyłączyłem, żeby zobaczyć kiedyś od początku. Dziś w nocy powtórka - jeszcze z 10 lat temu bym oglądał! Na pewno jednak, po Twojej rekomendacji, staranniej go sobie wreszcie zaplanuję.