"Air". Od razu powiem: zawsze byłem przeciw Bulls i Jordanowi, a w życiu kupiłem tylko jedną rzecz Nike - żółtą koszulkę Barcy, gdy jeszcze wiele dla mnie znaczyła. Ale "Air" to produkt, który przyjmuje się świetnie niezależnie od kibicowskich sympatii:
- to przede wszystkim film o korporacjach i biznesie, esencji amerykańskiego ducha. Tacy ludzie zbudowali Amerykę i już!
- doskonały rytm - już czołówka ustanawia tempo teledysku (z potężną dawką nostalgii), ale przy tym każdy bohater dostaje swój wyrazisty charakter, No, każdy oprócz Jordana
- między wierszami sporo smaczków dla fanów złotych lat NBA,
- Ben Affleck - znów bardzo dobry jako reżyserski rzemieślnik i pełen uroku jako aktor. Kradnie niemal każdą scenę, ale z wdziękiem.
- zbliżenie na Rolexa (scena w siedzibie Converse) - szara tarcza, Datejust lub DayDate - szybkie ujęcie, trochę się zagapiłem. Matt Damon cały czas też coś nosi stylowego, ale nie sposób rozpoznać - jakiś vintage z lat 60.
- wracając do pierwszego zdania mojej wypowiedzi: cały film uważnie śledziłem odniesień do Patricka Ewinga. Tu i ówdzie pojawia się jako nazwisko na rynku, by w finale zostać należycie docenionym - właściwie wymowa tej sceny nie pozostawia wątpliwości, że to właśnie Pat na lata będzie największym rywalem Jordana. Tak, oczywiście - inna pozycja, pechowy brak tytułu, ale żaden inny gracz nie będzie miał w lidze takiej dawki charyzmy, talentu i ładunku emocji, przy całym szacunku dla Barkleya, Olajuwona czy Malone'a.
Podsumowując - bardzo dobre rozrywkowe kino.