"Electra Glide In Blue" - u nas znany jako "Pechowa Electra Glide", wyreżyserowany przez muzycznego producenta Williama Jamesa Guercio (Chicago). Na festiwalu w Cannes nazwany faszystowskim, przez publiczność najpierw odrzucony, później uznany za kultowy. Nareszcie obejrzałem i nie zawiodłem się. To film pełen ironii, kpiący ze swobodnych jeźdźców i brudnych Harrych (co ciekawe - w jednej ze scen bohater ćwiczy strzelanie do fotosu przedstawiającego Wyatta i Billy'ego z "Easy Ridera", który przecież też nie jest apoteozą dzieci kwiatów), a zarazem poetycki i przejmujący. I to nie tylko w zakończeniu - wiadomo, w latach 70. Amerykanie zakończenia robili najlepsze.
Do tego znakomity montaż i muzyka, a przede wszystkim - zdjęcia Conrada Halla, jednego z mistrzów. Fabuła się snuje, pojawia się specyficzny humor, a po chwili - wybuch absurdalnej przemocy. Intryga jest pretekstem, ale zostaje jednak zaskakująco poprowadzona. Mieszają się tu wpływy Peckinpaha, kina motocyklowego, pewnie też Antonioniego i kina blaxploitation. Na pewno Coenowie i Tarantino znają dobrze ten film. Jedna ze scen przypomina wizytę Cliffa w hippisowskiej komunie w "Pewnego razu...". Dla miłośników lat 70. naprawdę godna uwagi, wręcz obowiązkowa rzecz.
W roli głównej wystąpił zaś jeden z najbardziej kontrowersyjnych aktorów Hollywood - Robert Blake. Zaczynał jako aktor dziecięcy (zagrał nawet w "Skarbie Sierra Madre" i "Kobiecie w oknie"), później grywał głównie w TV, a w kinie oprócz "Electry" najbardziej zapadł w pamięć w "Pociągu z forsą" oraz oczywiście tą rolą:
Zresztą - ostatnią w jego karierze. Później zaś został oskarżony o morderstwo w głośnej sprawie.
Aha - w "Electrze" bohater Blake'a nosi też fajny zegarek - napiszę o nim w stosownym wątku.