@Lincoln Six Echo świetny pomysł - lubię, gdy się tu rozmawia, a nie tylko wkleja linki
Moja dziesiątka jest trochę bardziej oczywista, ale cóż - tak się ukształtowałem [uwaga - może być sentymentalnie]:
1. Deep Purple i Made in Japan" - jako dziecko uwielbiałem, gdy tata słuchał "Highway Star" z radzieckiej kompilacji wydanej przez Melodię. Gdy później poznałem "Made in Japan", to już nie przestałem jej nigdy słuchać. Już pisałem, że gdybym miał zabrać jeden album na bezludną wyspę, to byłby to chyba ten.
2. King Crimson i "THRAK" - czyli ulubiona płyta ukochanego zespołu, z ulubionymi muzykami - Tonym Levinem i Adrianem Belew - w rolach głównych. I zarazem kwintesencja King Crimson - pamieć o przeszłości, ale przed wszystkim patrzenie w przyszłość. Swój egzemplarz kupiłem w liceum, w małym, nieistniejącym już sklepie muzycznym.
3. The Doors i... "The Best of The Doors" (1985) - oczywiście, moim ulubionym albumem Doorsów jest "Morrison Hotel", ale moje słuchanie muzyki zaczęło się od kasetowego wydania tej kompilacji. Zawsze fascynowały mnie amerykańskie lata 60. i 70.
4. Yes i "Fragile" - pierwsza płyta Yes, którą poznałem, a zarazem pierwsza dająca się opisać etykietą "progresywnej", którą poznałem i szaleńczo polubiłem. Wakeman i Squire mnie zachwycili, do dziś uważam, że to perfekcyjna rzecz. Kilka tygodni później pod choinką znalazłem inną niezwykłą dla mnie płytę - "Close to the Edge".
5. Led Zeppelin i "II" - a to pierwszy album Zeppelinów, który poznałem. Gdy pierwszy raz zobaczyłem okładkę, zdziwiłem się, że mają aż tylu muzyków w zespole Co tu dużo pisać - esencja rocka.
6. Tangerine Dream i "Thief" - wielkie miasto nocą, neonowe światła i James Caan... Wiele płyt Tangerine bardzo lubię, ale do tej wracam najczęściej - w moim zestawieniu reprezentuje też szerzej muzykę filmową.
7. Pink Floyd i "The Final Cut" - lubię tę płytę na równi z "Wish You Were Here", ale jako że jest mniej popularna, to wskażę właśnie ją. Kilka lat do niej dojrzewałem, ale gdy już to się to udało, to weszła na ścisłą listę ulubionych.
8. King Crimson i "Red" - no cóż, jedyny zespół, który pojawi się dwukrotnie. Pamiętam, jak latem 2001 w nocy czekałem na jakiś mecz Copa America, a Kaczkowski nadał "Starless" w Minimaxie. Znałem trochę już pierwszą płytę, ale to dopiero "Starless" i "Red" uczyniły ze mnie totalnego miłośnika King Crimson.
9. Museo Rosenbach i "Zarathustra" - ta płyta reprezentuje wszystkie te mniej znane włoskie, niemieckie i angielskie albumy, które wciąż staram się poznawać, czytając Weissa i Leśniewskiego. Mógłbym wpisać tu Edgar Broughton Band czy Andromedę, ale Museo lubię szczególnie, ze względu na to typowe dla Włochów połączenie romantyzmu, patosu i drapieżności.
10. SBB i "SBB", czyli debiutancka płyta. "Na perkusji będzie grał Jerzy Piotrowski..." - jak ja uwielbiam ten moment! Ten album reprezentuje u mnie polskiego rocka, którego zacząłem poznawać właśnie dzięki niemu.