Obejrzałem wreszcie "Parasite". Błyskotliwie zrobiony, oglądało się dobrze. Warto znać. Ale jednak jeszcze raz muszę chyba zobaczyć, by wyłapać te wszystkie niuanse. Cóż, Tarantino i "Joker" to bliższa mi estetyka i bardziej mnie powalili po pierwszym seansie. Nieco dłużej trwało, zanim obejrzałem wreszcie "Comedian Harmonists". Niedawno zmarł reżyser tego filmu, Joseph Vilsmaier, więc uznałem, że czas w końcu obejrzeć. Gdy byłem chyba w ósmej klasie, to wszedł do polskich kin jako "Odlotowy sekstet", później raz czy dwa był w tv. Bardzo solidne kino, zrealizowane z dbałością o szczegóły i udanie (jak mniemam) oddające atmosferę epoki - zmierzchu Berlina spod znaku Kit-Kat Clubu i nadejście hitlerowskiego mroku. Historia opowiedziana w modelowy sposób, ale nie nuży, bo i temat ciekawy, i bohaterowie prawdziwi, a nie papierowi. Na wikipedii napisali, że w USA nie pokazywali ujęcia, w którym ciemnoskóry żołnierz USA daje się ponieść radości płynącej z muzyki Comedian Harmonists, ale po karcącym spojrzeniu białego oficera szybko poważnieje.