Cóż, Riefenstahl zrewolucjonizowała też sposób przedstawiania sportu w filmie dokumentalnym w "Olimpiadzie".
A ja ostatnio obejrzałem następujące filmy:
- "Trema" - nawet zapomniałem, że Hitchcock zrobił ten film. Nawet niezły, ale jednak daleko mu do najlepszych rzeczy Hitcha z tego okresu. W przeciwieństwie do moich ulubionych - "Cienia wątpliwości", "Nieznajomych z pociągu", "Sznura", "Okna na podwórze" i "Psychozy" - ma jednak kilka przestojów (choć nie jest oczywiście tak zły jak "Złodziej w hotelu"). Ale Jane Wyman i Marlena Dietrich - klasa.
- "Narrow Margin" - pierwowzór filmu z Hackmanem, wyreżyserowany w 1952 przez Richarda Fleischera. Dobry na wieczór po długim dniu - trwa 70 minut i ma świetne tempo (tu i ówdzie trzeba przymknąć oko na fabułę, ale jest w sumie ok).
- "Vincent, Francois, Paul... i inni" - reż. Claude Sautet, w obsadzie Piccoli, Montand, Depardieu. Melancholijna opowieść o facetach w kryzysie. Niby wszystko widziane już setki razy, ale jednak wciąga. Jest bardzo francuski (np. narrator ponadkadrowy włącza się nagle w 2/3 filmu tylko na jedną scenę), elegancki i ładny wizualnie. Fajni goście, piękne kobiety, smaczne jedzenie i wino, przytulne wnętrza, kilka kultowych samochodów i sporo dobrych zegarków - niestety, tylko Navitimera można zidentyfikować ze stuprocentową pewnością. Ale dziś to przede wszystkim obraz Francji i francuskiego kina, które bezpowrotnie minęły. Już w latach 70. film ten był krytykowany, a dziś chyba krytyka by go rozszarpała: zdecydowanie męski punkt widzenia, wszyscy hetero, dość bogaci, w dodatku - w ani jednym kadrze nie ma nikogo z afrykańskimi czy arabskimi rysami (podaję tylko fakt, bez wartościowania). Sięgnę sobie po jakiś inny film Sauteta - w dzieciństwie zacząłem oglądać "Maxa i ferajnę" w TV, ale chyba poszedłem sobie pokopać w piłkę, a to też ciekawy film.