Z Orisem Diver Sixty Five spędziliśmy już kilka dni, a posty kolegów opisującego dlaczego dany zegarek kupili i jakie są pierwsze wrażenia mi się podobały, więc spróbuję napisać dwa słowa. Aby napisać recenzję, choćby w wersji mini brak mi umiejętności, więc ruszamy tutaj z mini, mini wersją J Uniknę opisywania detali technicznych, zrobiło to przede mną wielu zdolniejszych. No to od początku, zegarek wpadł mi w oko kilka lat temu kiedy Oris zaprezentował go na pewnych znanych targach w Szwajcarii. Nie był to model, który nie dawał mi spać po nocach, a po kilku tygodniach po prostu wpadło w oko cos innego, dalej, każda fotka zauważona gdzieś w necie budziła uśmiech długo po premierze. Orisów 65 zaczęło się robić więcej, w różnych wersjach, a mnie wciąż podobał się ten bazowany na oryginale z 65 roku. Cyfry z lumy, brak okrągłych indeksów i w moim przypadku bardzo ważny rozmiar 40mm, mocno przemawiały za tym modelem. Cena na metce, w porównaniu do tego co oferował zegarek – technicznie i designowo, była jednak dla mnie ciągle za wysoka. Niedawno jednak, pojawiła się dość nieplanowana okazja zakupić ten model, w cenie już bardzo akceptowalnej. Wyjazd wakacyjny przede mną, chciałem coś co nie będzie po prostu „beaterem”, dobrze zniesie wodę, nie będzie homarem niczego, a przede wszystkim chciałem po prostu coś innego od tego co mam/miałem w kolekcji. Zegarek przyszedł do mnie jakiś tydzień temu, przetestowałem szereg pasków, obejrzałem pod każdym możliwym kątem, noszę codziennie, czas napisać kilka słów o wrażeniach, bo tych jest dużo więcej niż można by się spodziewać. Sam sposób odczytywania godziny jest czymś, do czego muszę się przyzwyczaić. W każdym moim poprzednim zegarku, promień koła z podziałką minutową był większy niż długość wskazówki minutowej. Tutaj jest odwrotnie, więc minuty odczytuję raczej na bezelu. Niby pierdoła, a sprawia, że zupełnie inaczej odbieram ten zegarek. Między innymi dlatego wydaje się większy niż jest w rzeczywistości. Data – no tutaj wielu powinno się od Orisa uczyć. W odróżnieniu od oryginału, jest ona umiejscowiona na godzinie 6, w taki sposób, że po prostu zapomniałem kilka razy, że zegarek wskazuje datę. Małe czarne okienko, wkomponowane w podziałkę minutową po prostu w nim ginie. Brawo Oris. Bardzo podoba mi się koronka, bez jakichkolwiek osłon, chodząca z resztą bardzo dobrze, chyba najlepiej z zakręcanych koronek, z którymi miałem do czynienia. Luma świeci mocno, robi sporą radochę, ale niestety świeci dość krótko. Tak czy inaczej, w nocy, godzinę odczytamy bez problemu, nie ma po prostu tego efektu wow jak zaraz po naświetleniu. Wypukła tarcza + wypukły szafir ciekawie zniekształcają światło, zegarek wygląda inaczej po różnymi kątami. Jeśli chodzi o paski, to już mogę go nazwać „strap monsterem”. Pasują nato, gumy, perlony, skóry i mesh, co można zobaczyć na paru załączonych fotkach. Z kilku słów, które chciałem napisać, wyszło kilka dłuższych zdań, ale to chyba najlepszy dowód na to, że zegarek sprawia niesamowitą radochę. Niczego nie udaje, niczego nie kopiuje, ot wygodnie leży na nadgarstku i powoduje uśmiech właściciela. Od siebie mogę szczerze polecić, w sumie w dowolnej konfiguracji, bo różnice między modelami to w sumie rozmiar koperty, tarcze i ewentualne wersje kolorystyczne. Warto rozejrzeć się na rynku wtórnym, zegarki sporo tracą na wartości, więc można mieć ciekawy zegarek za rozsądną kwotę.