Dzisiejszą opowieść zaczyna się w majowy czwartek, w saskim mieście Drezno. Jak wiemy – to słynne i piękne miasto w Saksonii zostało w roku 1945 zrównane z ziemią przez alianckie bombowce, co w znacznej mierze rzutuje na jego obecny wygląd. Odbudowane po wojnie w klimacie „nowego” miasta socjalistycznego, zyskało zupełnie nowy, charakterystyczny dla tamtego okresu wygląd. Widać tu – zresztą – pewne podobieństwa do powojennej Warszawy, gdzie nowe zabudowania otaczają enklawy starego budownictwa, zlokalizowanego głównie w historycznym centrum miasta. Inaczej – jednak – niż miało to miejsce w Warszawie – Drezno musiało długo czekać na odbudowę swoich zabytków, niepotrzebnych przecież do istnienia socjalistycznemu państwu wschodnioniemieckiemu. Na poważnie za odbudowę wzięto się dopiero w latach osiemdziesiątych, a zakończono ją już po zjednoczeniu Niemiec (zresztą jako jeden z symboli tegoż zjednoczenia). Odrestaurowane zabytki olśniewają swoim przepychem, jednak jak w przypadku Warszawy – tragiczna przeszłość z pewnością nieodwracalnie zmieniła klimat miasta, jeślim porównać je do miast, które przetrwały wojenne zawieruchy niemal bez szwanku. Opera drezdeńska to jeden z ostatnich odrestaurowanych zabytków. Jest podobno piękna, ale... nie było czasu by zaplanować wizytę. Może następnym razem się uda... Zapominając jednak o katastrofie z roku 1945., cofnijmy się o kilka wieków do roku 1694., kiedy Saksonia stała u progu swojej szczytowej potęgi, a na tron wstępował właśnie młody i ambitny król August. Postać znana doskonale z naszej polsko-litewskiej historii, z tą jednak różnicą, że gdy my Augusta II najchętniej pominęlibyśmy milczeniem jako władcę nieudolnego, który (bo przecież nie polska arystokracja i wewnętrzne tarcia) walnie przyczynił się do upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Sasi stawiają mu złote pomniki, a w ich muzeach król August (jak i jego syn) patrzą na nas z niemal każdej ściany. Ot – takie to zawiłości historii – dla nas jak przysłowiowy „kamień u szyi”, dla nich regionalny bohater i czczony przywódca Warto dodać, że Sasi mają co zawdzięczać Augustowi Mocnemu, i tu dochodzimy do kolejnego punktu dzisiejszej opowieści – położonej na północny zachód od Drezna Miśni, do której udałem się następnego dnia. To właśnie tu, z inicjatywy Augusta Mocnego, powstała na początku XVIII stulecia słynna – i działająca oczywiście do dziś – fabryka porcelany. W odróżnieniu od bezlitośnie i metodycznie zrównanego z ziemią Drezna, Miśnia przetrwała zawieruchę wojenną w niemal nienaruszonym stanie. Czuje się tutaj ten niesamowity, charakterystyczny klimat starego miasta. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale dla mnie to zupełnie różne miasta (czy szerzej typy miast) – Drezno, odbudowane po wojnie, w którym odrestaurowana starówka stanowi jakby wielkie muzeum, oraz Miśnia – w całości zachowane stare miasto ze swoją starą „duszą”. Nie wiem, czy wiecie o czym mówię, ale te zachowane w całości stare miasta są... inne. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić wizyty w – znajdującym się przy fabryce – Muzeum Porcelany (gorąco polecam!!!) oraz zakupu pamiątki w lokalnym antykwariacie: Ot, taki śliczny miśnieński talerzyk z pierwszych dekad XX stulecia. Domyślam się, że na tym etapie zaczynacie sobie zadawać pytanie, czy to na pewno strona KMZiZ, ale zapewniam, że zegarki pojawią się... za chwilę. Póki co jednak pragnę wspomnieć o kolejnej lokalnej atrakcji – Saksonia jest bowiem regionem winiarskim, słynącym z wyśmienitego wina – głównie białego, choć czerwone również jest w Saksonii wytwarzane. Polecam wycieczkę po lokalnych winnicach – ja po prostu zatrzymałem się w drodze powrotnej z Miśni do Drezna - gdzie można nabyć (i/lub spróbować) wspaniałe lokalne wino. I tu – w końcu – pojawia się pierwszy w dzisiejszej prezentacji czasomierz ! Zegarek pokazywany już wcześniej, również pochodzi z okolic Drezna. Tytułem wstępu cofnijmy się do połowy XIX wieku, gdy z Franci do Drezna powraca Ferdinand Adolph Lange, by ze swoim mistrzem, Gutkaesem, założyć firmę zegarmistrzowską Gutkaes&Lange, która wkrótce miała otworzyć fabrykę zegarków w niedalekim Glashuette. To właśnie jest jeden z pierwszych modeli zegarków wyprodukowanych przez firmę Gutkaes&Lange w Glashuette – nosi numer 2207 i jest – z pewnością – najciekawszym, co do tej pory udało mi się – przez zupełny przypadek, zresztą – upolować. Zegarek kupiłem na internetowej aukcji, nie wiedząc nawet, co właściwie kupuję (zresztą, ani sam sprzedawca, ani nikt z licytujących chyba na to nie wpadli, bo cena nie była zbyt wysoka). Nie wiem też, skąd przyszedł mi do głowy pomysł, że może to być zegarek z Glashuette, licytowałem tylko dlatego, że nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem – z czystej ciekawości, po prostu. Być może to charakterystyczne koło balansowe skłoniło mnie do „kopania” w stronach o zegarkach z Glashuette, być może intuicja, w każdym razie porównanie ze zdjęciami tam zamieszczonymi dało jasną odpowiedź – to jest bez wątpienia zegarek Gutkaes&Lange o numerze seryjnym 2207. Z zewnątrz zegarek zachował się w pięknym stanie. Oryginalne wskazówki, niemal idealna tarcza, trochę wytarć na kopercie od normalnej eksploatacji... cudo. Wewnątrz pracuje wczesny mechanizm G&L, również w nienagannym stanie wizualnym: Niestety, jego stan techniczny jest już o wiele gorszy i w zasadzie – choć cyka – nie nadaje się on do użytku, bo chód jest niepewny i niedokładny... Jednak – czy można odmówić staruszkowi powrotu w rodzinne strony??? Patrząc na ten mechanizm wciąż nie mogę uwierzyć we własne szczęście – te zegarki niełatwo znaleźć, a część z nich znajdziemy w muzeach... Rzut oka pod tarczę ujawnia sygnaturę G&L... ...a wśród pozostałych elementów zegarka warto jeszcze spojrzeć na zastosowany wariant wychwytu kotwicowego: Kotwica wykonana częściowo ze stali a częściowo z mosiądzu produkowana była krótko i zastosowano ją w może 2000 zegarkach z wczesnego okresu. Rzadko spotykany widok, ponieważ słynna (i rozpoznawalna) złota kotwica (Goldanker) z Glashuette pojawiła się już w zegarkach z numerami z zakresu 2000-3000. Także taka stalowo-mosiężna kotwica to też spora atrakcja i gratka dla kolekcjonera. Jak pisałem – zegarek fatalnie odmierza czas i na pewno nie warto się nim sugerować wychodząc na autobus, ale przy takie podróży sentymentalnej zdolność precyzyjnego wskazywania czasu – zwłaszcza w erze telefonii komórkowej – niewątpliwie schodzi na plan dalszy. I tu pragnę wrócić na chwilę jeszcze do Drezna, gdzie w dużym Muzeum Miejskim znajdziemy – obok działów z malarstwem i porcelaną – dział poświęcony urządzeniom precyzyjnym, wynalazkom i... zegarkom, oczywiście. Mój G&L spotkać tu może kuzynów ze swoich czasów... ...ale przeważają – oczywiście – zegarki z późniejszego okresu, w znacznej części rodzime (choć nie brak tu również zegarków zagranicznych). Więcej nie będę pokazywał, a za to zachęcam do odwiedzenia pięknego drezdeńskiego muzeum! Wieczór nadszedł, więc.... ...pora na piwo (również lokalne, oczywiście) i spać, bo następnego dnia – główny punkt programu – miasto zegarmistrzowskie Glashuette, oczywiście! Niewielkie miasto Glashuette znajduje się nieco na południe od Drezna, całkiem niedaleko granicy z Czechami. Strzałeczką zaznaczyłem – mam nadzieję, ze dobrze – lokalizację Muzeum Zegarków, do którego miałem się zaraz udać. W kawiarni przy samym Muzeum zatrzymałem się jeszcze na poranna kawę, ponieważ przyjechałem za wcześnie. Nieprzypadkowo, zresztą. Zmuszony do podróży samochodem chciałem zjawić się w mieście odpowiednio wcześnie, by znaleźć miejsce parkingowe, ponieważ dzień wizyty nie był przypadkowy. Tej niedzieli w Glashuette miał miejsce doroczny targ starych zegarków, który ściąga – oczywiście – do miasteczka większą niż zwykle ilość gości. Wydarzenie rozpoczynało się o 10:00 krótką (i głośną!) ceremonią otwarcia... ...po której można już było wejść na teren Muzeum, gdzie odbywał się targ. Jak to bywa przy tego typu okazjach – w obrębie Muzeum (oraz w budynku bodaj szkoły zegarmistrzowskiej nieopodal) zgromadzili się sprzedawcy zegarków, zaś dookoła stanęły kramy z różnościami, głównie mniej lub bardziej cennymi starociami czy innymi – interesującymi lub nie – klamotami, wśród których znalazłem przepięknie zdobione biżuteryjne pudełeczko Faberge z Carskie Rosji, ale... cóż, nie jestem milionerem W samym Muzeum, na potrzeby targu, zlikwidowano wystawę chronometrów okrętowych, pozostawiając pozostałą część wystawy otwartą dla zwiedzających. Jak to często bywa – druga wizyta okazała się znacznie ciekawsza od pierwszej. Parę zdjęć – znowu – na zachętę, naprawdę warto pojechać i zobaczyć samemu! Muzeum posiada zachwycającą kolekcję zegarów i zegarków, ze wszystkich okresów działalności fabryk w Glashuette, od połowy XIX wieku po dzień dzisiejszy. Oczywiście... …mój G&L dzielnie towarzyszył mi w tej wyprawie. Na koniec – cudeńko z czasów powojennych, zegarek należący niegdyś do Prezydenta NRD: Jak widać czasy NRDowskie niekoniecznie oznaczały totalną posuchę, choć – nie czarujmy się – Glashuette z NRD to z reguły nie to samo co Lange&Soehne. Wystawa, jakkolwiek zachwycająca, tego dnia spadła jednak na drugi plan, bo ludzie przyjechali na targ: Igły nie wciśniecie – tłumnie, gwarno i... drogo! Nie będę ukrywał, że nie należałem do najbogatszych klientów dorocznego wydrzaenia i ilekroć znalazłem coś dla siebie... wiadomo. Koniec końców pieniędzy starczyło mi jedynie na odrestaurowany od stóp do głów zegarek z około 1950. roku, za który i tak zapłaciłem o wiele za dużo... Odrestaurowany zegarek to nie to samo co oryginalny, ale fajna pamiątka i nie żal nosić, a prezentuje się atrakcyjnie... Niemniej – jeśli kiedykolwiek znów wybiorę się na tutejszy targ zegarków, wezmę więcej pieniędzy niż w tym „chudym” roku... I tym oto sposobem dotarliśmy do końca dzisiejszej opowieści o Saksonii. Około 13:00 wsiadłem w samochód i udałem się na południe w stronę Pragi, skąd dalej przez Brno i Ostrawę wróciłem w rodzinne strony. Trochę naokoło, ale.. co szkodzi pozwiedzać ?