Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

pmwas

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    6691
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    13

Zawartość dodana przez pmwas

  1. pmwas

    Małe zegarki

    Dwa maluszki... Nomos Tetra: Slava Premier:
  2. Dzisiejszą opowieść zaczyna się w majowy czwartek, w saskim mieście Drezno. Jak wiemy – to słynne i piękne miasto w Saksonii zostało w roku 1945 zrównane z ziemią przez alianckie bombowce, co w znacznej mierze rzutuje na jego obecny wygląd. Odbudowane po wojnie w klimacie „nowego” miasta socjalistycznego, zyskało zupełnie nowy, charakterystyczny dla tamtego okresu wygląd. Widać tu – zresztą – pewne podobieństwa do powojennej Warszawy, gdzie nowe zabudowania otaczają enklawy starego budownictwa, zlokalizowanego głównie w historycznym centrum miasta. Inaczej – jednak – niż miało to miejsce w Warszawie – Drezno musiało długo czekać na odbudowę swoich zabytków, niepotrzebnych przecież do istnienia socjalistycznemu państwu wschodnioniemieckiemu. Na poważnie za odbudowę wzięto się dopiero w latach osiemdziesiątych, a zakończono ją już po zjednoczeniu Niemiec (zresztą jako jeden z symboli tegoż zjednoczenia). Odrestaurowane zabytki olśniewają swoim przepychem, jednak jak w przypadku Warszawy – tragiczna przeszłość z pewnością nieodwracalnie zmieniła klimat miasta, jeślim porównać je do miast, które przetrwały wojenne zawieruchy niemal bez szwanku. Opera drezdeńska to jeden z ostatnich odrestaurowanych zabytków. Jest podobno piękna, ale... nie było czasu by zaplanować wizytę. Może następnym razem się uda... Zapominając jednak o katastrofie z roku 1945., cofnijmy się o kilka wieków do roku 1694., kiedy Saksonia stała u progu swojej szczytowej potęgi, a na tron wstępował właśnie młody i ambitny król August. Postać znana doskonale z naszej polsko-litewskiej historii, z tą jednak różnicą, że gdy my Augusta II najchętniej pominęlibyśmy milczeniem jako władcę nieudolnego, który (bo przecież nie polska arystokracja i wewnętrzne tarcia) walnie przyczynił się do upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Sasi stawiają mu złote pomniki, a w ich muzeach król August (jak i jego syn) patrzą na nas z niemal każdej ściany. Ot – takie to zawiłości historii – dla nas jak przysłowiowy „kamień u szyi”, dla nich regionalny bohater i czczony przywódca Warto dodać, że Sasi mają co zawdzięczać Augustowi Mocnemu, i tu dochodzimy do kolejnego punktu dzisiejszej opowieści – położonej na północny zachód od Drezna Miśni, do której udałem się następnego dnia. To właśnie tu, z inicjatywy Augusta Mocnego, powstała na początku XVIII stulecia słynna – i działająca oczywiście do dziś – fabryka porcelany. W odróżnieniu od bezlitośnie i metodycznie zrównanego z ziemią Drezna, Miśnia przetrwała zawieruchę wojenną w niemal nienaruszonym stanie. Czuje się tutaj ten niesamowity, charakterystyczny klimat starego miasta. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale dla mnie to zupełnie różne miasta (czy szerzej typy miast) – Drezno, odbudowane po wojnie, w którym odrestaurowana starówka stanowi jakby wielkie muzeum, oraz Miśnia – w całości zachowane stare miasto ze swoją starą „duszą”. Nie wiem, czy wiecie o czym mówię, ale te zachowane w całości stare miasta są... inne. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić wizyty w – znajdującym się przy fabryce – Muzeum Porcelany (gorąco polecam!!!) oraz zakupu pamiątki w lokalnym antykwariacie: Ot, taki śliczny miśnieński talerzyk z pierwszych dekad XX stulecia. Domyślam się, że na tym etapie zaczynacie sobie zadawać pytanie, czy to na pewno strona KMZiZ, ale zapewniam, że zegarki pojawią się... za chwilę. Póki co jednak pragnę wspomnieć o kolejnej lokalnej atrakcji – Saksonia jest bowiem regionem winiarskim, słynącym z wyśmienitego wina – głównie białego, choć czerwone również jest w Saksonii wytwarzane. Polecam wycieczkę po lokalnych winnicach – ja po prostu zatrzymałem się w drodze powrotnej z Miśni do Drezna - gdzie można nabyć (i/lub spróbować) wspaniałe lokalne wino. I tu – w końcu – pojawia się pierwszy w dzisiejszej prezentacji czasomierz ! Zegarek pokazywany już wcześniej, również pochodzi z okolic Drezna. Tytułem wstępu cofnijmy się do połowy XIX wieku, gdy z Franci do Drezna powraca Ferdinand Adolph Lange, by ze swoim mistrzem, Gutkaesem, założyć firmę zegarmistrzowską Gutkaes&Lange, która wkrótce miała otworzyć fabrykę zegarków w niedalekim Glashuette. To właśnie jest jeden z pierwszych modeli zegarków wyprodukowanych przez firmę Gutkaes&Lange w Glashuette – nosi numer 2207 i jest – z pewnością – najciekawszym, co do tej pory udało mi się – przez zupełny przypadek, zresztą – upolować. Zegarek kupiłem na internetowej aukcji, nie wiedząc nawet, co właściwie kupuję (zresztą, ani sam sprzedawca, ani nikt z licytujących chyba na to nie wpadli, bo cena nie była zbyt wysoka). Nie wiem też, skąd przyszedł mi do głowy pomysł, że może to być zegarek z Glashuette, licytowałem tylko dlatego, że nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem – z czystej ciekawości, po prostu. Być może to charakterystyczne koło balansowe skłoniło mnie do „kopania” w stronach o zegarkach z Glashuette, być może intuicja, w każdym razie porównanie ze zdjęciami tam zamieszczonymi dało jasną odpowiedź – to jest bez wątpienia zegarek Gutkaes&Lange o numerze seryjnym 2207. Z zewnątrz zegarek zachował się w pięknym stanie. Oryginalne wskazówki, niemal idealna tarcza, trochę wytarć na kopercie od normalnej eksploatacji... cudo. Wewnątrz pracuje wczesny mechanizm G&L, również w nienagannym stanie wizualnym: Niestety, jego stan techniczny jest już o wiele gorszy i w zasadzie – choć cyka – nie nadaje się on do użytku, bo chód jest niepewny i niedokładny... Jednak – czy można odmówić staruszkowi powrotu w rodzinne strony??? Patrząc na ten mechanizm wciąż nie mogę uwierzyć we własne szczęście – te zegarki niełatwo znaleźć, a część z nich znajdziemy w muzeach... Rzut oka pod tarczę ujawnia sygnaturę G&L... ...a wśród pozostałych elementów zegarka warto jeszcze spojrzeć na zastosowany wariant wychwytu kotwicowego: Kotwica wykonana częściowo ze stali a częściowo z mosiądzu produkowana była krótko i zastosowano ją w może 2000 zegarkach z wczesnego okresu. Rzadko spotykany widok, ponieważ słynna (i rozpoznawalna) złota kotwica (Goldanker) z Glashuette pojawiła się już w zegarkach z numerami z zakresu 2000-3000. Także taka stalowo-mosiężna kotwica to też spora atrakcja i gratka dla kolekcjonera. Jak pisałem – zegarek fatalnie odmierza czas i na pewno nie warto się nim sugerować wychodząc na autobus, ale przy takie podróży sentymentalnej zdolność precyzyjnego wskazywania czasu – zwłaszcza w erze telefonii komórkowej – niewątpliwie schodzi na plan dalszy. I tu pragnę wrócić na chwilę jeszcze do Drezna, gdzie w dużym Muzeum Miejskim znajdziemy – obok działów z malarstwem i porcelaną – dział poświęcony urządzeniom precyzyjnym, wynalazkom i... zegarkom, oczywiście. Mój G&L spotkać tu może kuzynów ze swoich czasów... ...ale przeważają – oczywiście – zegarki z późniejszego okresu, w znacznej części rodzime (choć nie brak tu również zegarków zagranicznych). Więcej nie będę pokazywał, a za to zachęcam do odwiedzenia pięknego drezdeńskiego muzeum! Wieczór nadszedł, więc.... ...pora na piwo (również lokalne, oczywiście) i spać, bo następnego dnia – główny punkt programu – miasto zegarmistrzowskie Glashuette, oczywiście! Niewielkie miasto Glashuette znajduje się nieco na południe od Drezna, całkiem niedaleko granicy z Czechami. Strzałeczką zaznaczyłem – mam nadzieję, ze dobrze – lokalizację Muzeum Zegarków, do którego miałem się zaraz udać. W kawiarni przy samym Muzeum zatrzymałem się jeszcze na poranna kawę, ponieważ przyjechałem za wcześnie. Nieprzypadkowo, zresztą. Zmuszony do podróży samochodem chciałem zjawić się w mieście odpowiednio wcześnie, by znaleźć miejsce parkingowe, ponieważ dzień wizyty nie był przypadkowy. Tej niedzieli w Glashuette miał miejsce doroczny targ starych zegarków, który ściąga – oczywiście – do miasteczka większą niż zwykle ilość gości. Wydarzenie rozpoczynało się o 10:00 krótką (i głośną!) ceremonią otwarcia... ...po której można już było wejść na teren Muzeum, gdzie odbywał się targ. Jak to bywa przy tego typu okazjach – w obrębie Muzeum (oraz w budynku bodaj szkoły zegarmistrzowskiej nieopodal) zgromadzili się sprzedawcy zegarków, zaś dookoła stanęły kramy z różnościami, głównie mniej lub bardziej cennymi starociami czy innymi – interesującymi lub nie – klamotami, wśród których znalazłem przepięknie zdobione biżuteryjne pudełeczko Faberge z Carskie Rosji, ale... cóż, nie jestem milionerem W samym Muzeum, na potrzeby targu, zlikwidowano wystawę chronometrów okrętowych, pozostawiając pozostałą część wystawy otwartą dla zwiedzających. Jak to często bywa – druga wizyta okazała się znacznie ciekawsza od pierwszej. Parę zdjęć – znowu – na zachętę, naprawdę warto pojechać i zobaczyć samemu! Muzeum posiada zachwycającą kolekcję zegarów i zegarków, ze wszystkich okresów działalności fabryk w Glashuette, od połowy XIX wieku po dzień dzisiejszy. Oczywiście... …mój G&L dzielnie towarzyszył mi w tej wyprawie. Na koniec – cudeńko z czasów powojennych, zegarek należący niegdyś do Prezydenta NRD: Jak widać czasy NRDowskie niekoniecznie oznaczały totalną posuchę, choć – nie czarujmy się – Glashuette z NRD to z reguły nie to samo co Lange&Soehne. Wystawa, jakkolwiek zachwycająca, tego dnia spadła jednak na drugi plan, bo ludzie przyjechali na targ: Igły nie wciśniecie – tłumnie, gwarno i... drogo! Nie będę ukrywał, że nie należałem do najbogatszych klientów dorocznego wydrzaenia i ilekroć znalazłem coś dla siebie... wiadomo. Koniec końców pieniędzy starczyło mi jedynie na odrestaurowany od stóp do głów zegarek z około 1950. roku, za który i tak zapłaciłem o wiele za dużo... Odrestaurowany zegarek to nie to samo co oryginalny, ale fajna pamiątka i nie żal nosić, a prezentuje się atrakcyjnie... Niemniej – jeśli kiedykolwiek znów wybiorę się na tutejszy targ zegarków, wezmę więcej pieniędzy niż w tym „chudym” roku... I tym oto sposobem dotarliśmy do końca dzisiejszej opowieści o Saksonii. Około 13:00 wsiadłem w samochód i udałem się na południe w stronę Pragi, skąd dalej przez Brno i Ostrawę wróciłem w rodzinne strony. Trochę naokoło, ale.. co szkodzi pozwiedzać ?
  3. Umarł ? Kondolencje... Sorry, ale czarno-białe foki mi się jednoznacznie kojarzą - jest to silniejsze ode mnie
  4. fidelio - JAKI CUDOWNY TISSOT !!! U mnie tez kostka - Nomos Tetra...
  5. Rakieta 3050 Kwarc. Stan przeciętny, ale sprawny kwarc I generacji. Całkiem to fajne
  6. Soviecki kwarc 1 generacji... Mechanizm taki oto: Na owe czasy technologicznie zaawansowany, jednak awaryjny i prądożerny. I wielki na dodatek... Na plus - szybka zmiana daty (tylko dzień miesiąca, dzień tygodnia zmieniamy kręcąc wskazówkami) - rzecz raczej niespotykana w ruskich zegarkach. Grubas - kto by pomyślał, ze to kwarc Stan przeciętny, mocno porysowany, ale tanio kupiłem i sobie noszę Ten akurat działa zupełnie dobrze...
  7. pmwas

    Jak wyglądamy?!

    taki "stary malutki" Koledzy z działu radzieckiego wiedzą co to 4-85
  8. pmwas

    Jak wyglądamy?!

    To ja. Saksonia 2019. W łapce pyszne drezdeńskie wino i Lange 2207. Z reguły nie publikuję swoich zdjęć, ale i tak szykuję publikację z tym zdjęciem, więc... niech bedzie
  9. http://zegarkiclub.pl/forum/topic/176394-nowy-shanghai-a581-awaria-i-druga-awaria/?do=findComment&comment=2564714 Takie rzeczy ...
  10. A581 to remake zegarka z roku 1958. Niedrogi, za to moim zdaniem dość stylowy, zegarek można kupić w internetach za niewielkie pieniądze. Recenzję popełniłem tu: http://zegarkiclub.pl/forum/topic/155458-shanghai-a581-chiński-remake/ Zegarek od 2017 roku używany był sporadycznie, więc jego awaria była pewnym zaskoczeniem, choć... to tylko tani chińczyk, który poza tym od nowości sprawia problemy (skaczący naciąg). Otwórzmy zatem wieko i zobaczmy w czym problem... Tani zegarek to i mechanizm tanio wykończony. Nie, nie jest to najgorzej wykończony "Zuan" jakiego widziałem, ale uwierzcie mi, jakośc wykończeń jest daremna, nawet jeśli pod jakimś kątem wygląda nieźle. Ciekawe... koło zapadkowe wskoczyło na drugie z kół naciągu, co (teoretycznie) nie jest w ogóle możliwe. Oznacza to, ze albo poluzowała się śrubka mocująca, albo koło ma za dużo luzu na mocowaniu. Koo odkręciłem i założyłem ponownie. Owszem, koło ma za dużo luzu na mocowaniu, a poza tym jest cienkie, cieńsze niż w mechanizmach z wcześniejszych okresów produkcji (co ułatwia wystąpienie usterki jak na zdjęciu powyżej). Licząc, ze to tylko poluzowana śruba, postanowiłem dokręcić ją trochę mocniej. Technika jest taka, że koło przykręca się, aż zacznie się obracać (większość mechanizmów ma tam normalną śrubę przykręcaną zgodnie z ruchem wsk. zegara), następnie nakręcam zegarek do oporu i dokręcam śrubkę 'na sicher". OK, być może z powodu usterki dokręciłem ją ciut mocniej niż zwykle, ale w pewnym momencie koło zapadkowe przeskoczyło kilka ząbków, a mechanizm wyda z siebie paskudny zgrzyt i przestał chodzić... Przy okazji uszkodziłem warstwę chromu na śrubce (tak, chromowana śrubka, wyobraźcie sobie!), ale to defekt kosmetyczny. Byłem pewny, że zepsułem sprężynę, więc wymieniłem ją na inną (smarując przy okazji suchy jak pieprz bęben), ale to nie pomogło i zegarek dalej stał. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko wymienić sprężynę z powrotem (bo po co wywalać dobrą, oryginalną sprężynę?) i rozmontować mechanizm. Po rozmontowaniu, nie bardzo mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem: Zrobiłem to śrubokrętem, tylko dokręcając śrubkę koła zapadkowego! Zgadzam się, ze im mniejszy mechanizm tym cieńsze koła i tym łatwiej je załatwić, ale wciąż "srogo". Byłbym pewny, ze łatwiej urwać łeb śrubki niż rozwalić koło centralne... Może to tez tłumaczyć zastosowanie tak nieprzyjemnego przełożenia w naciągu - zegarek naciąga się bardzo opornie, ale gdyby opory nakręcania były małe, można by koronką zrobić dokładnie to samo... Na szczęście miałem w pudełkach z częściami innego "Zuana", z którego pozyskałem koło na wymianę. Koło identyczne i w dobrym stanie, ale zegarek z takim kołem... nie chciał ruszyć. Czemu? Bo koło centralne blokowało kotwicę! Pomyślałem, ze pewnie jest skrzywione, ale nie. Szukałem i szukałem, porównywałem części (mostki, koła, kotwice) i... nic. Na (uzbrojone w lupę) oko wszystko było tak samo. Takie same luzy koła, identyczna kotwica, identyczny mostek, wszystko niby dobrze. W końcu zauważyłem, że kotwica nowego mechanizmu ma spory bąbelek szelaku na palecie wyjściowej, i to właśnie ten szelak dotykał koła centralnego. Nagrzanym śrubokrętem spłaszczyłem nieco szelak (foto jeszcze sprzed te operacji) i ponownie złożyłem mechanizm: 17 kamieniowi standardowy chiński kaliber (zwany czasem potocznie Zuanem od pojawiających się dość często oznaczeń "17 zuan" na mostku) ma prostą, typową dla tego typu mechanizmów konstrukcję. Koło centralne nisko z osobnym mostkiem i współosiowo koło sekundowe. Składa się to szybko (cholera, znów ryska od śrubokręta ) i łatwo. Po złożeniu, zegarek chodzi, a że idzie już dobrze ponad godzinę (tzn jeden obrót koła), to pewnie będzie dobrze. Wniosek? Tani mechanizm ma skłonność do dziwnych awarii przez takie sobie spasowanie części (luz na połączeniu koła zapadkowego z osią bębna) oraz... koło centralne Zuana jest cieniutkie i można mu wyłamać zęby dokręcając śrubkę na bębnie. W sumie miło, że udało mi się go jednak naprawić, choć muszę przyznać, ze wolę jednak moje stare dobre kieszonki. Trudniej im zrobić krzywdę Pozdrawiam!!!
  11. Zegarek prawie nieużywany, a już mamy pierwszą awarię... Wspominałem chyba w recenzji o przeskakującym nieco naciągu - otóż awaria okazała się poważniejsza - nie było to zwykłe skakanie beczki na pólbeczce... Dzisiaj przy nakręcaniu poczułem opór, po czym cos strzeliło, sprężyna się rozkręciła i zegarek stoi. Jako żywo brzmiało to jak pękająca sprężyna, ale od czasu awarii przy kręceniu wałkiem nie słychać klikania zapadki, co oznacza, ze koła najpewniej stoją (względnie kręcą się zupełnie luźno, i to w obie strony). Nic też w środku nie lata, bo myślałem, ze moze ułamała się śrubka i koło zapadkowe odleciało. Remontuar wydaje się działać, nastawianie wskazówek działa, natomiast w pozycji do nakręcania można kręcić wałkiem swobodnie (i bez żadnych odgłosów) w obie strony. Zasadniczo wygląda jakby jednak "poleciało" koło zapadkowe. Albo cały mostek bębna sprężyny (???) W niedzielę dopiero będę miał okazję zajrzeć pod dekiel (a odkrecam niechętnie, bo cieżko o pasujący klucz i łatwo zarysować dekiel) to podzielę się zdjęciami (zapewne hi-endowego) mechanizmu. Zobaczymy też, co mu nawaliło... Od początku wiedziałem, ze z tym naciągiem jest coś nie tak, ale spodziewałem się, że to tylko złe smarowanie wodzika
  12. Illinois z Allegro... Piękna koperta, niesygnowana... Niestety - brak bezela: Tarcza z pęknięciem, niezła. Mechanizm to późny Miller, nr 328437. Piękny stan, na chodzie. Ogólnie cudny zegarek, tylko ten brakujący bezel...
  13. Elgin - taki zwykły, ale stary. Mechanizm 7 kamieni, koperta IWCCo, nie wiem, z czego, ale ładna : Piękny zegarek !
  14. U mnie - takie cudo - American Time Keeper: Szwajcar na USA, więcej w "amerykańskich"... http://zegarkiclub.pl/forum/topic/174668-szwajcarska-sztuka-kamufla%C5%BCu/
  15. Tak, mechanizm to Miyota z serii 82 (Citizen) - z reguły praktycznie nie do zajechania. Ogólnie Fossil jest marką typowo modową, ale te zegarki jakościowo wcale nie są złe.
  16. pmwas

    Nasze nowe nabytki vintage

    Tak, zdjecia jutro, bo dzisiaj juz trochę późno, żeby obrabiać zdjecia także tylko szybka fotka z komórki i spać Acha, zaraz - pisałem to po północy? Nie zauważyłem nawet
  17. pmwas

    Nasze nowe nabytki vintage

    Kupiłem na Allegro... Cena była chyba za wysoka, bo chętnych nie było, ale moim zdanie cena była uczciwa... To bardzo wczesny Paweł Bure. Mechanizm Longines nr 22762, wiec z ok 1870. roku, choc moze wykończony i sprzedany ciut pozniej... Zdjecia jutro, ale jednym słowem - CUDO!
  18. Ładny, szkoda, że resztki..,
  19. pmwas

    Parnis

    No, wyglada, że to rysa... bo myślałem, ze moze lakier pękł przy upadku, ale jak widac nie..
  20. Nieeee, z tymi podróbkami się już nie walczy - przedawniły się
  21. Ja dzisiaj testuję grześkową podróbkę Koledzy na Forum Głównym pewnie częściej lub rzadziej wpadają na forum amerykańskie - polecam jendak taki krótki opis tegoż zegarka tutaj: http://zegarkiclub.pl/forum/topic/173148-nieameryka%C5%84ski-zegarek-ameryka%C5%84ski/?do=findComment&comment=2493571 Otóż mało kto w PL wie, ale były takie czasy, ze Szwajcarzy kopiowali i podrabiali Amerykanów, często w stylu (i z gracją) w jakim dzisiaj Chińczycy podrabiają Szwajcarów . Oczywiście w zakresie produkcji masowej, bo świetne zegarki też wtedy robili, rzecz jasna.
  22. A ja dzisiaj testuję grześkową podróbę : Polecam lekturę: http://zegarkiclub.pl/forum/topic/173148-nieameryka%C5%84ski-zegarek-ameryka%C5%84ski/?do=findComment&comment=2493571
  23. pmwas

    Parnis

    Chińczycy kochają kopiować - tak mają. Limitowany (i bardziej markowy) Beijing BeiHai też ma patkową tarczę, przez przypadek. A wykończenia mechanizmu stylizowane na Lange&Sohne, choć o ile tarcza wyszła dobrze, mechanizm już nie Zgadza się - zdarza się, że kotwica, bez żadnej sensownej przyczyny, zablokuje się i zegarek wygląda dobrze, a stoi. Mnie tak się zrobiło w Amfibii (po 5 minutach użytkowania, gdy ustawiałem datę metodą 9-12-9). Odblokowany chodzi do dziś bez problemów... Pokaż te rysy na zdjęciu - faktycznie mało prawdopodobne, żeby zegarmistrz porysował tarczę, a już na pewno mocno... Nie są to jakieś pęknięcia lakieru na tarczy?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.