Taka sytuacja… zostałem w Święta kierowcą nieswojego samochodu. Do miasta najlepsza mała skodzinka Citogo, więc w drogę. Coś to głośno chodzi, dziadostwo, ale to 3-cylindrowy 1,0 MPI, taki eko-wynalazek, to głośne. I się telepie.
Autko niezbyt stare, przebieg 130000km, rozgrzany, to dawaj szybki zakręt w lewo, a co.
Może to nie wyścigówka, ale te małe i lekkie autka często fajne prowadzą się w zakrętach. Bo są małe i lekkie? Może
Fun z „brawurowej” jazdy Skodą Citigo psuje krzyk. Nie żony, bynajmniej (to nie UAZ), tym razem wrzeszczy elektronika akompaniując głośnym piskiem migającej kontrole ciśnienia oleju.
Cudnie. Maska do góry, na bagnecie susza. Wymiana oleju wg właściciela 14-15, według naklejki 22000km temu.
Czad. Liczę, ze może to jednak nie najnowsza naklejka, a jakiś staroć, ale pewnie nie.
Wycieczka na stację, do silnika dolewam litr oleju. Na bagnecie dalej nic (tzn jednak coś - kropelka na samym czubku), ale do domu blisko, odpalam i jadę. Delikatnie…
Mechanik jest 500m od domu, tyle się dokula, a płacić kolejną stówę za kolejny litr… bez sensu, i tak do wymiany razem z filtrem.
Morał? Oczywisty (nie zabijcie mnie za taki banał) - jak to mówił „mój” mechanik - „<¥#£@, sprawdzać olej!!!”
Ot, takie świąteczne przygody