Ciekawa dyskusja, ale czy obecnie w ogóle da się ustalić, co oznacza termin "manufaktura"? W pierwotnym znaczeniu był to mały zakład, w którym produkcja odbywała się ręcznie i była oparta na podziale pracy, tzn. poszczególne etapy wykonywali wyspecjalizowani pracownicy.
Dzisiaj słowo "manufaktura" oderwało się zupełnie od powyższej definicji i stało się ozdobnikiem marketingowym, służąc jedynie do robienia wrażenia, że jakiś produkt miał cokolwiek wspólnego z małoskalową robotą rzemieślniczą. Stąd nazwy typu "Manufaktura Wypieków", "Manufaktura Piękna" (chodzi o zakład kosmetyczny, jakby sie kto pytał), a nawet "Manufaktura" w ogóle (nazwano tak ogromne centrum handlowe w Łodzi, ze sklepami wielkopowierzchniowymi, restauracjami sieciowymi, itd.).
Blog Macieja Kopyto nazywa się (a jakże) "Manufaktura Czasu". Autor objaśnia, że "przyjęło się, iż każda firma zegarkowa, która skonstruuje samodzielnie co najmniej jeden, kompletny mechanizm, może szczycić się tym mianem". Gdyby jednak faktycznie zastosować taką definicję, to ile firm mogłoby się w niej zmieścić? "Kompletny mechanizm" obejmuje przecież podzespoły i komponenty mechanizmu, np. sprężynę balansu. Ile tzw. "manufaktur" samodzielnie wytwarza sprężyny balansu? Jedna? Dwie? I tak dalej, i tak dalej.
Spotkałem się też z użyciem słowa "manufaktura" w odniesieniu do Seiko, co może ma jakieś uzasadnienie pod względem stopnia integracji produkcji, ale wygląda komicznie w odniesieniu do skali tej produkcji i jej daleko posuniętej automatyzacji.
Biorąc pod uwagę wszystkie te nieporozumienia i niejasności, przestałem używać słowa "manufaktura" w odniesieniu do branży zegarkowej, zostawiając je autorom opisów na portalach aukcyjnych. Nie używam też terminu "in-house" w odniesieniu do mechanizmów. Wolę mówić, że mechanizm jest "własnej konstrukcji" albo został "zmodyfikowany przez producenta".