Dzisiaj odszedł Teofil. Był z nami od 22, może 23 lat, trudno mi już policzyć. Kiedy był młody, przylatywał za mną po zwołaniu do każdego miejsca w mieszkaniu, siadał na ramieniu. Trochę gadał, umiał zagwizdać kawałki Iron Mana, Smoke on The Water, Love story i odrobinkę hymnu. Od kilku lat już nie latał, od kilku miesięcy zaczęły mu słabnąć łapki, nie mógł wysiedzieć na kijku, spadał. Zaczął się wspinać na klatkę i wisiał zaczepiony dziobem o pręty. Tak długo, aż nie spadał. I znowu piął się do góry. Na tym zdjęciu, 6 października, kiedy podszedłem, wspiął się odrobinę po raz ostatni, patrzył mi się w oczy. Od tamtej poru doczołgiwał się już tylko do jedzenia i picia. Czekał na koniec. Czasem już tylko odpowiedział na gwizdnięcie. Rano, wychodząc do pracy powiedziałem mu jak zwykle "Cześć Tofilku, pilnuj domu". Kiedy wróciłem, zerknąłem nań tylko, siedział w narożniku, z głową wtuloną w skrzydła. Potem wybrał się w kierunku miski z wodą, już nie dociągnął się. Rozumieliśmy się, bo ja już właściwie też tylko na koniec czekam, coś tam udając, pozorując.