I nareszcie się udało. Nie zawiodłem się ani odrobinę, "Piękny i zły" to teraz nie tylko mój top filmów z Kirkiem Douglasem, ale w ogóle moja prywatna czołówka amerykańskiego kina lat 50. Nieprzypadkowo to fragmentem właśnie tego filmu Martin Scorsese rozpoczął swą pasjonującą osobistą podróż po historii amerykańskiego kina. Douglas jest doskonały jako twardy, czasem bezwzględny i okrutny hollywoodzki wizjoner. Narracja poprowadzona jest w formie trzech zazębiających się opowieści o granym przez niego bohaterze. A warto dodać, że "Piękny i zły" pojawia się też w "Tajemnicach Los Angeles", których akcja rozgrywa się w momencie premiery filmu w Święta Bożego Narodzenia 1952: Zmobilizowałem się. Truffaut zrobił film taki jak te, przeciwko którym tak dosadnie wypowiadał się jako krytyk. Chłodna, niestety nużąca i niemrawo zakończona opowieść o zawoalowanym uczuciu między aktorem, żoną reżysera i reżyserem. Heinz Bennent ciekawy jako ten ostatni, Depardieu nie ma właściwie nic ciekawego do zagrania, Deneuve jak zwykle - ot elegancka pani. A sztuka, którą wystawiają, ma dialogi, od których bolą uszy. Jest też kontekst okupacji, a raczej "okupacyjki". Gdzieś tam przejdzie jakiś Niemiec, ukłoni się, pochwali przedstawienie. Tylko Żydów być nie może w teatrze, ale o to potrafią zadbać sami Francuzi - zostaje to wyraźnie powiedziane i jest to akurat dobry i ważny motyw filmu. Tytuł "Ostatnie metro" obiecuje jakiś dramat uczuć, napięcie, ale nie ma tego wcale. Bardzo lubię wiele prac Nestora Almendrosa, tym razem jednak w jego zdjęciach dominują konwencjonalne bliskie plany (jak w tv), miękkie światło itp. Film zdobył aż 10 Cezarów, w dodatku Truffaut jedyny raz bezpośrednio rywalizował wówczas z Godardem. Jego "Ratuj, kto może (życie)" nie widziałem, ale po zwiastunie jestem ciekaw - może uda mi się do niego dotrzeć.