Świetna decyzja, ta płyta to obowiązkowa pozycja w zbiorach fana King Crimson. Dla mnie to jeden z ulubionych, a może nawet ulubiony koncertowy album zespołu. Przynajmniej z tych 15-20, które znam, bo jest ich bez liku. Brzmienie jest tu doskonałe, Tony i Bill grają jak natchnieni, zdyscyplinowane (nomen omen) figury gitarowe Roberta i Adriana pięknie harmonizują z lirycznymi, nieco Lennonowskimi momentami, które wniósł Adrian ("Matte Kudasai") i rockowym czadem spod znaku "Red". To momentami nawet trochę taka zapowiedź lat 90., choć oczywiście to już inny, nie mniej fascynujący rozdział. Ale lata 80. to moim zdaniem kluczowy moment, który sprawił, że King Crimson stał się czymś więcej niż szacownym gigantem przeszłości - bo stał się gigantem teraźniejszości. Fripp wspaniale odnowił koncepcję zespołu, spojrzał w przyszłość, schował melotron do piwnicy (by dekadę później w odpowiedniej chwili znów go wyciągnąć), skondensował kompozycje, no i dobrał chyba najlepszy skład w historii grupy. "Absent..." to już ostatnie chwile tej formacji, rozumieją się (na scenie) doskonale i słychać to w każdej sekundzie. Słabych punktów tu nie ma, ale jeśli miałbym wybrać te ulubione momenty, to byłyby to przede wszystkim "Indiscipline", a także "Waiting Man", "Sleepless" i oczywiście "Larks' II" (choć tu pojawi się jeszcze doskonalsze wykonanie, już z Gunnem i Mastelotto, na "B'Boom"). Pewnie masz już DVD "Neal and Jack and Me" oraz CD "Bath/Philadelphia" z Collectors' Club - jeśli nie, gorąco polecam, bo razem z "Absent Lovers" budują znakomitą panoramę tego składu (choć "Bath" brzmi, cóż, delikatnie mówiąc dość kiepsko). Genialna muzyka!