Jeśli chodzi o amerykańskie kino grozy lat 30. i 40., to znam je lepiej niż Hammera. Akurat "The Vampire Bat" nie widziałem, ale sporo rzeczy z Karloffem, Lugosim, Chaneyem. Najlepsze filmy robił chyba James Whale, który w systemie producenckim potrafił nadać im autorski, reżyserski rys. Tod Browning też, ale jego kino chyba gorzej znosi próbę czasu. Tymczasem dwa pierwsze "Frankensteiny" czy "Stary mroczny dom" Whale'a moim zdaniem wciąż wypadają znakomicie. A z filmów innych twórców, takim moim cichym faworytem jest nieco późniejszy "Porywacz ciał" Roberta Wise'a, znowu z Karloffem (bardziej thriller niż horror, ale operujący klasyczną wiktoriańską poetyką budowania napięcia i grozy). Lubię też te filmy grozy, w których pojawiają się szczególnie lubiani przeze mnie aktorzy, np. Claude Rains. Muszę też wreszcie kiedyś dokładniej przyjrzeć się Jacquesowi Tourneurowi, którym zachwyca się Scorsese. Nastrój "Ludzi-kotów" i "Spacerowałam z zombie" wydaje się naprawdę niesamowity. Co do Hammerów - paru żelaznych klasyków nie widziałem, łącznie z ubóstwianą przez Beksińskiego "Kobietą-wężem". A w tych, które znam, jakoś zawsze bardziej podobały mi się postacie Cushinga niż Lee. Choć oczywiście obaj, pod reżyserskim okiem Terence'a Fishera, byli dla Hammera bezcenni.