Też zabiorę głos, bo Pacino to i dla mnie szczególnie ważny, pewnie najważniejszy aktor. Ale akurat "Adwokata diabła" i tym bardziej "Rekruta" nie umieściłbym wśród jego najlepszych ról. Tego typu role stały się dla niego po "Zapachu kobiety" swego rodzaju rutyną - "potrzebujesz fachurę, który zagra dwuznacznego mentora z popisową, ale lekko przerysowaną mową w przedostatniej sekwencji? To masz tu numer do Ala".
Dlatego ja dużo wyżej cenię te role, w których Pacino genialnie oddaje też inne odcienie swych postaci: samotność, lęki, desperację, despotyzm, zagubienie. Wśród tych, które dla mnie są przykładem jego aktorskiej doskonałości, są na pewno role z lat 70., najbardziej twórczego okresu jego kariery: "Strach na wróble", "Ojciec chrzestny 2", "Pieskie popołudnie", "Serpico", "Ojciec chrzestny", "Narkomani" i zdecydowanie za mało docenione "Cruising". Po kryzysie lat 80., przełamanym właściwie tylko brawurową rolą w "Człowieku z blizną" (lubię, ale na pewno nie w top 5), nadeszły świetne lata 90., a w nich (i po nich) na zmianę: wybitne role wieloznaczne i rzemieślnicze odhaczanie rutynowych zadań. W tej pierwszej kategorii mój ukochany film z nim, czyli "Życie Carlita", ale też "Gorączka" i wielka rola w "Donnie Brasco". "Zapach kobiety" jest pomiędzy, choć nie sposób oczywiście nie lubić tego pięknego filmu. Popisy zaś - na wysokim poziomie wykonawczym, w dobrych filmach, ale moim zdaniem już bez magii w/w kreacji - to m.in. "City Hall", "Adwokat diabła", "Any Given Sunday", "Podwójna gra", "Rekrut". Lepszy był w "Bezsenności" - znów niedocenionej należycie. Później zdarzały się zaś filmy, których albo do dziś nie obejrzałem, albo żałuję, że obejrzałem ("88 minut", "Zawodowcy"), ale też sporo filmów średnich. Po prostu średnich, czyli takich, jakich właściwie nie miał (może oprócz "Autor! Autor!") przez pierwszych 30 lat kariery. Na szczęście przyszły też później kolejne dobre ("Manglehorn", "Pewnego razu w Hollywood...") i znakomite ("Irlandczyk") role, które potwierdzają, że Al Pacino is the best!