Moim filmem weekendu był zatem uznany przez "Guardiana" za najlepszą rolę Caine'a "Człowiek, który chciał być królem". Za kamerą John Huston, a wyborny duet Caine-Connery uzupełnia Christopher Plummer w roli Rudyarda Kiplinga. Istotną rolę w zawiązaniu intrygi odgrywa kieszonkowy zegarek, którego nazwy nie widać, bo ważniejsze są w tym przypadku masońskie zdobienia. To film nieco staroświecki, ale w dobrym znaczeniu tego słowa, więc może lepiej użyć słowa "oldskulowy". Jak trzeba przejść przez pustynię, to się idzie kilka minut, jest dużo scen zbiorowych, ale w większości dość statycznych, dialog - jak to Hustona - błyskotliwy i dość obfity. Awanturnicza przygodówka o hardych brytolach zmienia się stopniowo w opowieść o zderzeniu cywilizacji i kultur, pokusach władzy i pychy, ale przede wszystkim w piękną opowieść o przyjaźni. Taki "Dersu Uzała" z większym kopem i kolonialną nostalgią A żona Caine'a z posta powyżej gra niewielką, ale ważną rolę - choć poza imieniem chyba prawie nic nie mówi Klamra kompozycyjna skojarzyła mi się zaś z jednym z najfajniejszych opowiadań o Holmesie, czyli z "Garbusem".
Tydzień temu natomiast obejrzałem "Podejrzanego". W odpowiednim dziale pisałem już o zegarkach Hackmana i Freemana, i o tym, że Monisia jest absolutnie boska. Sam film daje satysfakcję, choć kilka zabiegów montażowych i reżyserskich niezbyt dobrze znosi próbę czasu, a finał wydaje się pośpieszny. Warto jednak znać.
A z nowych obejrzałem "Marię Callas". Dość jednostajny, ale potrafi przykuć uwagę. Jest kilka naprawdę dobrze rozegranych scen w stylu "Bulwaru zachodzącego słońca". W tle natomiast wiele fajnych samochodów z francuskich ulic lat 70.