Dwa niewidziane dotąd filmy z aktorami należącymi do grona największych ulubieńców.
"List do trzech żon" z drugoplanową rolą Kirka Douglasa. Ciekawa konstrukcja narracyjna, dobry portret amerykańskiej klasy średniej u progu mitycznej ery Eisenhowera, dobre role kobiecie. W Ameryce wśród klasyków, mocno jednak "spatynowany".
"WUSA" - ambitny projekt Paula Newmana, zrobiony z reżyserem Stuartem Rosenbergiem (po "Cool Hand Luke"). Film spotkał się bardzo chłodnym przyjęciem, po latach dostrzega się nim jednak sporo aktualności. Jako film jest jednak mocno nierówny. Na minus: zbyt rozbudowane wątki Anthony'ego Perkinsa i Joanne Woodward, za mało zaś obrazu radia jako medium (cóż, wzorcem filmu o mediach jest dla mnie "Sieć" Lumeta, a tu mało kto wytrzymuje porównanie...), a przede wszystkim - za dużo nudnawej gadaniny w środkowej części. Na plus: naprawdę znakomita sekwencja radiowego festynu (coś jak finał "Nashville" + sekwencja wielkiej premiery w "Dniu szarańczy", a to przecież późniejsze filmy), gęsty klimat początku lat 70. i bardzo dobre zdjęcia (dużo obiektywów długoogniskowych, kolorystyka, rytm ulicy itp.). A Newman? Cóż, to aktor, który był moim wielkim faworytem w dzieciństwie (dzięki cyklowi "Piątek z Newmanem"), ale teraz jednak dostrzegam, że w paru filmach powiela dość sporo chwytów (tu jest jak krzyżówka bohaterów z "Kotki na gorącym blaszanym dachu" i "Ruchomego celu"). Ale w 1970 roku większość najlepszych ról wciąż była jeszcze przed nim. "WUSA" to moim zdaniem film o dużym, ale niewykorzystanym potencjale.