Parę albumów zgrałem sobie do samochodu i zdążyłem je kilka razy na przemian z radiem wysłuchać. Tym razem rzeczy, które mniej lub bardziej znam od dawna, ale słuchane na ogół po dłuższej przerwie.
1. Creedence Clearwater Revival - "Chronicle": doskonała kompilacja. Nawet ten przydługi "I Heard It Through the Grapevine" jest całkiem udany.
2. Bowie - "heathen": w 2007/08 słuchałem dość często i bardzo mi się podobała ta płyta. Dziś wydaje się niezła, ale wcześniej i później było u Bowiego wiele lepszych.
3. Bowie - "Black Tie, White Noise": a do tej akurat nigdy nie umiałem się przekonać. Brzmienie jest bardzo spójne, chyba aż za bardzo, bo wydaje mi się wręcz jednostajne. Piosenki mają często fajną linię wokalu, ale monotonną warstwę instrumentalną. Utwory w całości instrumentalne niczym się natomiast nie wyróżniają. To Bowie, więc parę fajnych momentów jest, ale ta płyta daleko w moim rankingu.
4. Yes - "Magnification": od lat mówię, że to "ostatni" album Yes i... od lat w całości go nie słuchałem. To dobra płyta, bez klawiszy, za to z orkiestrą (ale to oczywiście nie jakieś tam thebestowe przeróbki na orkiestrę). Raz czy dwa nawet ociera się o Yesową wielkość - jak w partii Squire'a w "Dreamtime".
5. Jethro Tull - "Aqualung": to akurat słucham często, bo to czad że hej!
6. Breakout: "Blues" i "70a": ulubiony zespół mojego taty, więc od dziecka już to dobrze znam co tu dużo mówić - światowa klasa. Każdy powrót do tej muzyki przypomina dzieciństwo, a jednocześnie wraz z wiekiem otwiera na nowo jej bogactwo.